Strona:PL-Denis Diderot-Kubuś Fatalista i jego Pan.djvu/063

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


tnictwem. — Czy uczyniliby coś dla pana? — Być może. — No zatem! idź pan do rodziców, poddaj im, aby ci zakredytowali ładunek towaru. Wsiadaj na okręt, który odpływa do Pondichéry, w drodze będziesz robił liche wiersze, przybywszy na miejsce zrobisz majątek. Zrobiwszy majątek, wrócisz aby znów pisać liche wiersze ile ci się tylko spodoba, byleby ci się nie zachciało drukować, pocóż bowiem rujnować biednego drukarza...“ Upłynęło z jakie dwanaście lat jak dałem młodemu człowiekowi tę radę, kiedy ujrzałem go znowu: nie poznałem go. „To ja, panie, rzekł; ten sam, którego wysłałeś do Pondichéry. Byłem, zebrałem z jakie sto tysięcy franków, wróciłem, zacząłem na nowo pisać wiersze, i oto przynoszę je panu... Czy zawsze są liche? — Zawsze, ale skoro pański los jest zapewniony, nie mam nic przeciwko temu abyś nadal pisał liche wiersze. — Mam też ten zamiar...

Skoro chirurg zbliżył się do łóżka Kubusia, ten nie czekał na to co mu powie. „Słyszałem wszystko“, rzekł..: Następnie, zwracając się do pana, dodał... Miał dodać, gdy go pan zatrzymał. Znużył się długim marszem; przysiadł na kraju drogi, z głową zwróconą w stronę z której zbliżał się ku nim jakiś wędrowiec, piechotą, prowadząc konia za uzdę.
Pomyślisz czytelniku, że będzie to właśnie ów koń którego skradziono Kubusiowemu panu: i omylisz się. Tak zdarzyłoby się może w romansie, nieco wcześniej lub później, w ten lub w inny sposób: ale to nie jest romans, powiedziałem już, o ile mi się zdaje, i jeszcze raz powtarzam. Pan rzekł: