Strona:PL-Denis Diderot-Kubuś Fatalista i jego Pan.djvu/055

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Groźba Kubusia ostudziła natychmiast gniew pana, który rzekł już znacznie łagodniej: „A zegarek?
— Oto jest.
— A sakiewka?
— Oto jest.
— Długo siedziałeś.
— Nie zbyt długo, jak na to com zdziałał. Posłuchaj pan. Przybyłem na miejsce, wdałem się w bójkę, poruszyłem całą wieś przeciw sobie, wzięto mnie za opryszka i złodzieja, zaprowadzono do sędziego, przeszedłem podwójne śledztwo, omal nie wysłałem dwóch ludzi na szubienicę, przyprawiłem lokaja o wygnanie z domu, pokojówkę o utratę miejsca, przekonano mnie iż spędziłem noc w łóżku osoby której nigdy nie widziałem, a której, mimo wszystko, zapłaciłem za to; i jestem z powrotem.
— A ja, czekając na ciebie...
— Czekając na mnie, było napisane w górze iż się pan zdrzemnie i że panu ukradną konia. Ha, cóż! nie myślmy o tem dłużej! nie wielkie rzeczy jeden koń stracony, a być może, jest napisane w górze, że się odnajdzie.
— Mój koń! mój biedny koń!
— Choćbyś pan lamentował bodaj do jutra rana, nic to nie pomoże ani nie odmieni.
— Cóż teraz poczniemy?
— Wezmę pana z tyłu oklep, albo też, jeżeli pan woli, zdejmiemy buty, przytroczymy je do siodła i będziemy dalej iść piechotą.
— Mój koń, mój biedny koń!“
Postanowili raczej wędrować piechotą, przyczem