Strona:Płanety (Władysław Orkan).djvu/112

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


jak człek, abo i drzewo. Okaliczcie smreka, to zapłacze na was śluzami smolnemi, abo uschnie do znaku...
— Ależ to co innego!
— To samo, panie, to samo...
— Ta wasza płaneta... hm... jakaż ona jest?
— Moja płaneta... moja płaneta! — powtórzył, a oczy mgłą mu zaszły. — Jaka ona jest?... Żeby ja to mógł wiedzieć! Nikt z nas nie wie, czy zła, czy dobra... Nikt nie wie.
Nie zrozumiał widać pytania. Milczałem jednak, szanując jego oryginalny światopogląd, i przypatrywałem się mu, gdy pochylił głowę, zamyślony, a oczka małe utopił w bijącem źródle.
— Często tu bywacie? — spytałem.
— Prawie codzień. Ciągnie mnie, wicie, to źródło...
Gdy podniósł głowę, dostrzegłem nagle dziwne podobieństwo jego oczu z bańkami świetlnemi, tworzącemi się na bijącem źródle.
— Ale, ale! Napijcie sie te wody — prosił — nimam co inszego... Śmiejecie sie — dodał poważniej — a ja wam pedam, że ta woda ma dwojakie dobro: Jak kto pojedzony, to budzi apetyt... jak kto głodny, to sie mu jeść odniechce. Tego pierwszego toch jeszcze nie próbował; drugi zato próbuję codzień...
— To wasza płaneta...
— Nie tu ona siedzi — zamruczał. — Nie tu!... Ka ja pódę, tam ona ze mną. Pódź Burek, pódź... Ostańcie zdrowi.
Powlókł się w górę do wrębu... Pies niecierpliwy wyprzedził go i w padł w wysoką trawę, szukać jakiego pożywienia.
A ja długo siedziałem przy źródle, medytując nad „płanetami” tych ludzi...