Strona:Płanety (Władysław Orkan).djvu/058

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Jasiu! Dyć się nie bój! Przecie to la ciebie, nie la kogo...
Zawstydził się chłopiec i ucałował rękę matczyną, która głaskała go łagodnie po zarumienionem licu. Rozłamała kukiełkę i podała chłopu.
— Ukąś-że i ty, boś głodny.
— A cóż będziesz święcić?
— Nie turbuj się, Bartuś! Upiekę chleb, zaniesę i będzie...
Siedzieli w milczeniu jakiś czas, a słońce spadało zwolna na zachód, nad Zimne Doliny.
— Słonko poczyna się mglić...
— Żałoba idzie od Jerozolimy...
— Idzie na cały świat...
— Smutek na ludzi...
Przyciszonym głosem wyrywały się nabożne słowa, płynąc melodją na wieczność, w opustoszałą dal... Nastrój dziwny ogarnął skupioną na roli gromadkę.
— Nie będziesz orał? — odezwała się żona z prośbą w głosie.
— Jeszcze choć zagon urwę, hań, po kępę... — wskazał ręką.
— Nie, Bartuś! Paniezus-by się gniewał, że ty orzesz, kiedy on za nas na krzyżu umiera. Nie orz, nie!... Musisz się przecie umyć i ogarnąć jakoś do kościoła. Czas wnetki leci...
Chłop podumał chwilę.
— Ha, no, moc boska! Nie dziś, to jutro...
Wyprzągł woły z pomocą Jasia, który je popędził, uradowany, ścieżyną przed siebie. Pług został na zagonie, do jutra. Bartek torbę na ramię zarzucił — i poszli razem milczącą gromadką pod wysokie Gronie. Wnet schowały ich za potokiem rozłożyste smreki i gęstwią obsiadłe jałowce...