Strona:Ostoja - Szkice i obrazki.djvu/9

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.




PRZED OBRAZEM.



Jakieś fatum stało, czy leżalo między mną a galeryą obrazów w D. Od tygodnia bawiłem w tem arcy nudnem mieście, gdzie dnie skracają się jedynie śniadaniem i obiadem, a o dziesiątej każdy śpi już snem litewskiego gospodarza, chociaż się znajduje w samem sercu Europy. Pomimo braku rozmaitości i nudy, wiejącej z każdego komina do galeryi, nie wybrałem się: to jest, wybierałem się, szedłem nawet ale zawsze w połowie dobrej drogi ktoś mię na złą skierował. Przed wyjazdem, gdy już rzeczy miałem ułożone i paszport w kieszeni, wyszedłem z silnem postanowieniem zwiedzenia przybytku muz. Kiedy stanąłem u celu, lżej mi się zrobiło; będę mógł powiedzieć: wedziałem! Pod karą śmierci nie odróżniłbym z drugiego pokoju skrzypiec od wiolonczeli, w malarstwie zaś zdolny jestem do większych jeszcze omyłek. Krajobraz po prostu mię irytuje! Na widok obrazu przedstawiającego parę morgów pszennej gleby, las, góry, rzeki a czy to nawet most i młyn jako porównanie staje mi w myśli przestrzeń, którą na kasztanku ledwie w godzinę objechać mogę; odchodzę zniechęcony od tej malowanej prawdy! Portrety jeszcze mają racyę bytu, rozumie się, robione za młodu; później gdy człek odwyknie od zwierciadła, widok młodości dodaje otuchy.
Zdobyłem sobie katalog, w którym znajomy mój artysta-amator popodkreślał wszystkie arcydzieła; a było to