Strona:Ostoja - Szkice i obrazki.djvu/87

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ULICZNIK.
(z wileńskiego bruku).


Ojciec Jaśka był stróżem przy nędznej kamieniczce na Zarzeczu. W dzień pracował, wieczorem pił, jeżeli miał za co, a wróciwszy do izdebki pod schodami, bił żonę, syna targał za czuprynę, póki się nie zwalił spać na ławę, podsunąwszy worek z piaskiem pod głowę.
Pewnego razu, pijany, pobił się przed szynkiem z szewcem; kułak sąsiada trafił go pod żebra i obalił na ziemię. Padając, uderzył głową o kamień i nie wstał już o swoich siłach. Zawieźli go do szpitala, gdzie zmarł po niejakimś czasie, nie zażywszy wielkich rozkoszy na świecie.
Matka została na stróżowstwie; chorowała, dokąd sił stało. Jaś pomagał jej, w czem mógł: dziesięcioletni malec dźwigał wodę, drzewo, zimą lód rąbał na dworze, wyszczerzał zęby, chuchając w skostniałe palce. Wesoła robota rąbanie lodu! Uderzysz żelaznym kołem, bryzgi lecą, czasem za kołnierz która trafi, aż ciarki pójdą po skórze! Kaftan niby watowy słabo okrywa, świecąc dziurami; wiatr w nim się nie zatrzyma, a o cieple i mówić nie warto. Wszystko to nic! Chłopak pierzyny nie zaznał — schwyci w izbie ciepłej strawy i znowu gotów pracować na mrozie. Czasem matka kartofli pieczonych nakładzie za kaftan, to i grzeją czas jakiś. Najgorzej z nogami — mróz tak bierze za bose stopy! Matka dała stare trzewiki bez sznurków, ogromne, choć trzy nogi włożyć; ciągał się Jasiek