Strona:Ostoja - Szkice i obrazki.djvu/73

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


cie, ruch nawet, słowem wszystko, co oznacza życie, pozostało gdzieś za nią daleko, dokąd zdawały się dążyć i oczy utkwione nieruchomo w szyby okna. Nawet wobec tej bezbronnej boleści towarzystwo okazało pewną trwogę: panowie obrócili się plecami i bardzo starannie oglądali cygara, żeby nic wkoło siebie nie widzieć; panie powstały, utworzyły ciasne kółko, niby stado przed wilkiem, i bardzo żywo, bardzo tajemniczo zaczęły szeptać między sobą — po francuzku. Terenia odwróciła wzrok od okna, spojrzała na dawne swe koleżanki, kuzynki, znajomych — oczy nasze spotkały się, powitała mię smutnym uśmiechem.
Poznała tedy — i ja w niej poznałem dawniejszą Terenię — nieszczęśliwszą tylko i jeszcze więcej samotną!
Podaliśmy sobie ręce i długo jakoś nie przychodziło do słowa.
— Pani już wyjeżdża — zapytałem w końcu. Dostrzegłem, jak dolna warga zadrżała, nozdrza rozszerzyły się, usiłowała stłumić łzy. Podałem ramię, wyszliśmy na platformę. Przykroby mi było, żeby zapłakała przed nimi — nie na każde łzy wszyscy są godni patrzeć.
Milczeliśmy. Nie miałem zamiaru rozpoczynać rozmowy, pochodziłbym tak z nią do odejścia pociągu i pożegnałbym przyj aznem: „Bądź zdrowa!“
— Dawno, bardzo dawno, widziałam pana — zagagnęła pierwsza, i ku wielkiemu memu zdziwieniu wydała mi się jak dawniej spokojną, boleść skryła się gdzieś na samo dno tej głębokiej natury — może i we mnie lękała się profana?
— A teraz spotykamy się po to, ażeby się pożegnać — dodała ciszej.
— Pani nieprędko będzie w N.? zapytałem, żeby coś powiedzieć.