Strona:Ostoja - Szkice i obrazki.djvu/43

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Piotr zaciemniał, nie dozwalał przypatrzeć się akuratnie. Ksiądz spojrzał na niego.
— Siadajże proszę; wszak musisz być zmęczony. Ot zaraz skończymy liczyć, zjemy razem śniadanko, a tymczasem usiądź proszę, bo zaciemniasz nam trochę.
Piotr ogłuchł, czy zdrętwiał; oparty o słup, nie ruszył się z miejsca; brwi podciągnął, oczy otworzył szeroko; czapka wysunęła się z ręki.
Ksiądz i Antoni zdziwieni milczeniem zwrócili głowy jednocześnie.
Stał obrócony plecami do słońca, więc nie mogli dostrzedz wyrazu jego twarzy. Antoni podniósł czapkę i tkał mu ją w rękę. Skostniałe palce nie czuły dotykania; położył czapkę na ławce.
— Czemuż nie siadasz? — powtarzał ksiądz; po śniadaniu pojedziecie razem z Antonim, on ma interes do miasteczka; we dwóch łatwiej przeprawiać się przez rzekę.
Słowa te, jak prąd elektryczny ożywiły zdrętwiałego! odskoczył kilka kroków, stanął naprzeciw ganku oblany słońcem od stóp do głowy. Ksiądz i Antoni powstali; z otwartemi ustami, patrzyli z przerażeniem w jego twarz strasznie zmienioną. On głowę wsunął w ramiona, bił się w piersi zaciśniętą pięścią, drżał cały i wykrzywiał usta boleśnie! Usiłował przemówić, ale głos rwał się w piersiach.
Nie.., trzeba... nie... — szepnął potrząsając głową, nie trzeba! Po... co... będzie... czwarty... dziesiąty... dwudziesty! Teraz wszyscy... organiści!... tak wszyscy!... tamtego... niema... jest ten!... jest... jest! Słyszę już... Oh nie powtarzajcie! Jest ten... a tamtego... nie ma!
Zaśmiał się przeraźliwie!
Echo poniosło śmiech bolesny po słonecznej, cichej przestrzeni!

separator poziomy