Strona:Ostoja - Szkice i obrazki.djvu/39

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Znacznie spokojniejszy szedł przyśpieszonym krokiem, zęby tylko dzwoniły jeszcze. Dotąd podniecał go żal za nieujętem, niepowróconem, za tem, czego już naprawić nie mógł; ból pożerał go ale stokroć więcej trapiła zupełna bzzsilność. Teraz widział pzzed sobą główną, jedyną zaporę; usunąć ją, a wszystko się naprawi. Wzruszył ramionami. Jakże to zrobić? Była dobra sposobność... nie skorzystał, a teraz już zapóźno! Przewóz blizko — tam zwykle są ludzie... a dalej, w miasteczku już nic mu złego uczynić nie zdoła.
Rozpamiętywał o tem spokojnie, jak o najzwyczajniejszej rzeczy w świecie. Uczucia, myśli, dusza cała tak się w nim układały od pewnego czasu, że widział tylko jeden cel, jedną drogę, na której wszelka przeszkoda była przeszkodą tylko, niczem więcej; wobec niej zapominał o własnem niebezpieczeństwie. Tem swobodniej myślał o tem, gdyż wiedział, że to tylko myśli i nic więcej — za kilka chwil będą na promie, wśród ludzi, daleko od wszelkich pokus — jeszcze tylko kilkanaście kroków.
Stanęli u przewozu; prom był przy drugim brzegu, pusty, ani jednego z przewoźników nie widać. Chłopak huknął z całych piersi, echo poniosło głos jego gdzieś po nad lasy, zamilkło i znowu cisza dokoła. Z drugiego brzegu nikt się nie odezwał, żadnego ruchu nie widać na promie. Po tej stronie, wyciągnięta do połowy na piasek, kołysała się łódka, wiosła leżały wewnątrz. Chłopak wskoczył pierwszy, obejrzał się na Piotra. Ten stał nad brzegiem, straszny jakiś z wytrzeszczonemi oczami, kolana i ręce drżały.
— Jedziem, jedziem już — nawoływał chłopak — a chodźcież nakoniec!
Zbliżył się jak lunatyk; drżącemi rękami usiłował zepchnąć łódkę na wodę; zepchnął, wszedł z trudnością i usiadł na desce tak ciężko, jakby wraz z sobą zabrał wszystkie swoje myśli.