Strona:Ostoja - Szkice i obrazki.djvu/260

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


stoi wątła postać młodziutkiego żołnierza! Widzę jak wsuwa rękaw w rękaw, bagnet przyciska do piersi, jak przestępuje z nogi na nogę, mruży powieki, z pod których nielitościwy wiatr łzę za łzą wyciska! Na szczęście, za plecami ma odłam skały, oprze się o nią, przynajmniej wiatr z nóg nie zwali! Parę godzin wytrzyma jakkolwiek! Parę godzin! Hm, — nie! ja go zwolnię prędzej o kwandrans, o półgodziny! Wszak nawet kamienne bryły nie mogły się oprzeć wichrowi, czyż rygor wojskowy miałby być więcej od nich uparty? Zwolnię go! a półtory godziny to drobnostka — chłopak nie z pajęczyny!
W namiocie grano w karty; gra szła szalona! Mieliśmy z jednej strony tyfus, z drugiej kule tureckie, przed sobą kupy banknotów. Przy tych okolicznościach, na kartę można stawić życie bez namysłu. Stawiono fortunę, żałując, że nie było nic więcej do postawienia. Poncz rozgrzał umysł i serce, o rozważnej grze mowy być nie mogło. Ciągniono stosa. Wszyscy skupiliśmy się przy jednym stoliku. Takie ześrodkowanie dążności podniecało zapał. Niedbałe rzucanie kart dla zabicia czasu przemieniło się wkrótce w zaciętą walkę, wygrana również jak przegrana zachęcała do coraz wyższej stawki! Powodzenie drażniło, krew wrzała przy najlżejszem niepowodzeniu, ogarniała nas gorączka nie tyfus wprawdzie, ale ta zjadliwa gorączka roznamiętnionych graczy, którzy nie mają już nic do stracenia. Miałem przed sobą kupę banknotów i kilkadziesiąt złotych monet; sąsiad mój zgrany do nitki gryzł cygaro, sapiąc jak przyduszony; był to mój najlepszy kolega. Żałowałem, że nie mogę ograć go z ostatniej koszuli, wówczas może banknoty i złoto miałyby dla mnie jakąśkolwiek wartość. Świece dopalały się, znużenie ogarniało grających, już tylko kilku najzaciętszych walczyło do ostatniej kopiejki. Spojrzałem na zegarek, była trzecia po północy. Sześć godzin stałem przy stoliku!
W kilka minut po tem szedłem na czele patrolu. Wiatr ustał, chmury pierzchły; nad nami, w ciemno-szafi-