Strona:Ostoja - Szkice i obrazki.djvu/257

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


SZEREGOWIEC.


Zbliżaliśmy się do K. Armia po kilkudniowym wypoczynku szybko postępowała naprzód, o ile na to pozwalały drogi ważkie wijące się wśród wąwozów, po górach skalistych posypanych śniegami, straszne, ślizkie drożynki stworzone dla kóz dzikich i dla ryzykownych mieszkańców tej prawie zupełnie dzikiej okolicy! Mróz zwiększał się z dniem każdym, z początku ściskał nas tylko za ręce; stopniowo, jakeśmy się podejmowali na góry, próbował przenikać do szpiku w kościach; dokąd szliśmy wąwozami, od śmiertelnych jego uścisków chroniły nas olbrzymie skały osłaniające północno-wschodnią stronę drogi. Pomimo to, chorzy przybywali codziennie, tyfus objawiał się z coraz większą siłą! Eksportowałem podówczas tabor sanitarny; zwiększająca się liczba chorych nie dozwalała postępować wślad za armią, w końcu musieliśmy się zatrzymać, oczekując na wozy mające odtransportować choć część chorych do głównego szpitala. Z czterech doktorów naszego oddziału pozostał jeden tylko młody lekarz, trzej zaś walczyli ze śmiercią w gwałtownej gorączce. Tyfus zbyt już lekceważąco traktował przedstawicieli medycyny, tem większą trwogą przejmował zwykłych śmiertelników. Wozy nie nadciągały, nawet dla wołów o grubych, mocnych nogach droga musiała być zbyt utrudzającą; — nie można było pośpieszać, drugi już dzień staliśmy na płaskowzgórzu otoczonem ze