Strona:Ostoja - Szkice i obrazki.djvu/244

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


z karczmy cichutko i szedł do młyna Żeby Natala raz jeden wypadła na niego z krzykiem, z lamentem, żeby go przeklęła, złajała i choć wiadrem z wodą na głowę cisnęła, wówczas może zrozumiałby, że go naprawdę nie chce, że męża swego lubi i żałuje. Ale ona milczy, płacze i patrzy mu w oczy żałośnie. Któż ją zgadnie?... Namyśla się może, sama nie wie co począć? Czasami chwyta się za głowę jak waryatka... Przystąpić do niej trudno, odejść jeszcze trudniej. Zła jakaś siła trzyma go, jeśli nie w izbie, to choć przed drzwiami; chce plunąć na wszystko i odejść — nie może. Raz tylko przemówiła do niego zcicha, niby wiatr, co w dzień letni w liściach szeleści:
— Na co wy go traktujecie, Marcinie. Bez was możeby już przestał? Dawniej nigdy tak długo nie zapijał się! Odciągnijcie go od karczmy, a ja za was przez całe życie Boga prosić będę! — łkała przytem jako dziecko we śnie. Eh, ta kobieta nawet płakać krzykliwie nie umiała. Odszedł, i odtąd ani jednej kwaterki nie kupił szewcowi...
Żeby całkowicie odpędzić pokusę, pracował za siebie i za swego konia: narąbie drew w lesie, uwiąże kilka sporych berwion do sani i ciągnie sam do chaty; ciężko, oczy na wierzch wyłażą, w grzbiecie coś łuska; klnie wówczas jak z książki, ale wlecze ciężar przez pięć wiorst i dalej. Sądził, że z krwawym potem i złe myśli powinny wyjść z głowy, że powróciwszy, zje smaczno, zawali się na piec i zaśnie, jak martwy — gdzie tam! Jadł dobrze, ale spać nie mógł. Ułoży się w najcieplejszym kącie na piecu, gdzie aż szumi od persaków i innego dobytku, okryje się kożuchem, spotnieje jak w łaźni; inny na jego miejscu zasnąłby w mgnieniu oka, on zaś przewraca się z boku na bok, kładzie się na grzbiecie, na brzuchu, ale oczu zamknąć nie może! W gardle piecze, przełyka ślinę, a gdy się zapas wyczerpie, złazi z pieca, pije jak wół i już o śnie nie myśli; bierze czapkę i wychodzi przed wrota, przez chwilę