Strona:Ostoja - Szkice i obrazki.djvu/235

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


grzechy, aż do śmierci... a!... Nie zaszedł do chaty, wsunął się ostrożnie do siennicy, a w minutę potem chrapał już smaczno! Śniło mu się, że żółty wół, ten sam, którego dziś smagał przy oraniu, schwycił go na rogi i uniósł w powietrze, wysoko po nad wioskę. Niesie jak potępieniec! Już tylko karczmę widać malutką, niby łupina orzecha! Szmul stoi przede drzwiami... niech go licho! wyszedł o swoje trzy ruble krzyknąć... złodziej! Pod niebem nawet człowiekowi spokoju nie daje! Wół już wyżej obłoków leci!... w dole widać tylko staw bielejący, jak śniegiem usłany... Marcin trzymał się mocno za rogi, głowę do szyi przycisnął... W tem wół spostrzegł dworską koniczynę za lasem, szarpnął naprzód!.. rogi z rąk się wymknęły, a Marcin upadł jak długi na dno stawu! Oh, aż podskoczył na sianie, otworzył oczy:
— Tfu, zgiń maro, przepadnij! Splunął raz, drugi; krew jak młotem biła w głowie i w piersiach. Nazajutrz żonka zasłabła bardzo; od kilku już dni siedziała skurczona na łóżku, okryta kożuchem, kaszlała strasznie; dziś już kaszleć przestała, oczy mgłą zaszły, przytuliła się do ściany, jak nieżywa! Na stole leżał klucz od skrzyni; był to bardzo zły znak: z kluczem tym jakby cała dusza Marcinowej oddzieliła się od ciała! Kury wskoczyły na stół, dziobiąc bezkarnie bochen chleba, oglądały się po izbie zdziwione; a chociaż już słonko podniosło się wysoko, na kominie ognia ani śladu; stara ciotka krzątała się koło chorej. Marcin, wróciwszy z sochą, zajrzał do chaty: zimno, pusto jakoś, strawy ani na zawód... żonka zwróciła na niego szklanne oczy, poruszyła ustami, potem na klucz spojrzała! wejrzeniem tem może przekazywała mu najlepszą cząstkę swego życia. On nie zrozumiał, odwrócił oczy i wysunął się za drzwi: Umrze!o Strach i żal go ogarnął; spojrzał na nowy świeronek, zamknięty nowym zamkiem, na kubły stojące w sieni.
— Niema co gadać, porządna była kobieta... rozmyślał, stojąc przed chatą; do izby jednak nie wrócił; odpy-