Strona:Ostoja - Szkice i obrazki.djvu/17

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


I jakże tu było przystąpić do kupowania podobnego towaru. Przyszło mi na myśl, czy nie lepiej byłoby dać zaliczkę na pejzażyk, i już miałem się z tem odezwać, gdy malarz zwrócił się do mnie z jakimś gorączkowym pośpiechem.
— Kupuj pan! — zawołał — nie pożałujesz. Nie wiem, czem będę zczasem i czy będę jeszcze czemkolwiek. Wiem to tylko, że pracy tej, nie powstydziłbym się nawet wówczas, kiedy stanąłbym tam, gdzie dotąd marzeniem sięgać nie śmiem. Wlałem w nią moją całą duszę, wdzięczną, kochającą! Każde pociągnięcie pędzlem to zarazem hołd serdeczny, to coś takiego... czego wyrazić nie umiem! Kupuj, nic więcej do sprzedania niema!
Odwrócił się i zaczął biegać po ciasnej izdebce. Nie mogłem się objrzeć: czułem tylko, że za mną stała jedna z tych nędz strasznych, podkopywanych głodem, dla których szlachetna duma bywa zarazem pogrzebowym całunem. Chociażbym dziś kupił pejzaż, kto wie, czy jutro staruszka nie kupi ktoś inny?
Położyłem na stoliku moją kartę wizytową wraz z banknotami.
— Portret ten przyjmuję do siebie na czasowy depozyt, czy zgoda? — rzekłem. Przyślesz pan mi go później.
Czułem, że w tej chwili obaj nie byliśmy zdolni sięgnąć po obraz na ścianę.
Ledwie wróciłem z obiadu do hotelu, znalazłem już mój sprawunek, owinięty w kilka numerów niemieckich gazet... Nie chcąc dla takiej drobnostki rozpakowywać rzeczy, wyjeżdżając, wziąłem go do ręki i jemu to zawdzięczam, że na dworcu wczorajszy staruszek w okularach poznał mię i powitał. Ja go też poznałem, ale do powitania nie miałem ochoty. Widziałem, jak drobnymi kroczkami wbiegł do sali, otulony w tumakowe futerko; lokaj wniósł za nim gutaperkową poduszkę i pled okręcony rze-