Strona:Oscar Wilde - De profundis.djvu/42

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


dzimy się tego, że byliśmy ukarani, nie było wogóle po co karać. Wiele jest, oczywiście, rzeczy takich, o których byłem przekonany, że ich nie popełniłem, skądinąd zaś dużo jest i takich, o których wiem, że je zrobiłem i znacznie jeszcze więcej takich, za które nie byłem nigdy pociągany do odpowiedzialności. Że zaś bogowie dziwni są i karzą nas tak samo za to, co jest w nas dobrego i ludzkiego, jak i za to, co jest złego i przewrotnego, muszę również pogodzić się z faktem, że jesteśmy karani zarówno za złe, jak i za dobre czyny. Nie wątpię, że jest to słuszne zupełnie, i że powinno tak być. Dopomaga nam to, albo też powinno dopomagać, do zdawania sobie sprawy z jednego i z drugiego bez zbytniej z tego powodu zarozumiałości. Jeśli więc nie będę się wstydził poniesionej kary, jak mam nadzieję czynić, będę mógł swobodnie myśleć, poruszać się i żyć.
Wielu ludzi, po wypuszczeniu ich z więzienia, zabiera je z sobą na wolność i chowa je w głębi serca, jak ukrytą hańbę, i w końcu — niby biedne zatrute zwierzę — włazi do jakiejś nory i tam umiera. Straszne jest, że muszą oni tak postępować i niesłusznie, straszliwie niesłusznie jest ze strony społeczeństwa, że zniewala ich ono