Strona:Oświęcim - pamiętnik więźnia.djvu/21

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Słowa porwały mi się pod wpływam upartego patrzenia tych oczu chłopca, z trudem opanowujących wesołość.
”Nie szkodzi” powtórzył spokojnie chłopak.
Starszy sztuby spojrzał na mnie uważnie, z wyrzutem i niechęcią, chłopca klepnął przyjacielsko po boku i szybko się wycofał. Ja również odchodziłem, utraciwszy wszelką chęć do rozmowy z tym głupcem. Tymczasem chłopak dopędził mnie, chwycił za rękaw, przytrzymał, obrócił twarzą ku sobie i wprost w twarz mi wyszeptał:
”Gniewasz się?... Bałeś się, że mu chcę przebaczyć? Nie taki ja głupi, jak się wydałem z tego śmiechu i wogóle... My z jednego starostwa z tym panem starszym! Ja go z wolności dobrze pamiętam... To ja, wiesz, jeśli tylko wyjdę i doczekamy... wiesz?... to ja swoich chłopaków namówię, dobrych kolegów mam... Tak go oporządzimy, zato, jaki tu dla nas był, wiesz, jak się patrzy!... Potrafię kopać jak on i napatrzyłem się, jak to oni tu lubią: w nerkę!... Rozumiesz?”...

— — —

Drugi mój sztubowy to był tylko króciutki świetlany epizod: młody harcmistrz, rodem z Pomorza, uchodźca, złapany w Warszawie. Natychmiast po mianowaniu, miał do nas przemowę pierwszego wieczora, gdyśmy zostali już na noc sami w sztubie. Powiedział, że wolałby wszystko, jak to; że rozumie, że widzi, co się wyprawia z naszymi ludźmi na tych stanowiskach. Że jednak — wiemy, przecież odmówić nie można. Prosi więc nas — wszystkich zbiorowo — żebyśmy mu dopomogli: sprawnie wykonujmy wszystko, co będzie do nas należało, żeby możliwie unikać konfliktów; on zaś daje nam słowo Polaka, że będzie przy nas wiernie stał, że się nie zapomni, że... Może razem jakoś przetrwamy!...
Było to bardzo ludzkie, młodzieńcze, prawe przemówienie. Zdawało się, że cała sztuba była wzruszona. Słyszałem szepty: ”No, doprawdy! To morus! Musowo starać się, nie podprowadzać go” itp. Następnego zaraz dnia przypadek nadarzył walną próbę naszego nowego starszego. Przy rannym apelu /gdy sprawdzał sam naszą liczbę/ zabrakło jednego. Starszy zbladł jak papier, bąknął, słyszeliśmy: ”Nieszczęście”!...
Wszyscy przecież wiedzieliśmy, co otrzyma sztuba i blok za taką rzecz. Szukać, biec nie było już czasu. Poszedł zameldować blokowemu. Potem stał spokojnie, bardzo smutny. Coś w sobie ważył. Ustalił sobie dokładnie, którego właśnie brak...
Władze zbliżały się już do naszego bloku. Nie było sposobu! Była to chwila dramatyczna. Gdy starszy bloku raportował, zauważyliśmy, że nasza zguba nieznacznie potrafiła się wślizgnąć do szeregu. Oczami, mimiką twarzy zmusiliśmy starszego dostrzec, że ten już jest. Wtedy starszy zbladł jeszcze bardziej i jaszcze bardziej wyprostował się na baczność.
SS-man spieszył się tym dniu, niedbale pominął raport bloku, ale odliczył właśnie w sztubie, nie zabrakło nikogo. Wtedy sobie przypomniał, że w meldunku bloku... Podwołany blokowy dostał po głowie gumą i słaniając się, ustąpił na stronę. Wtedy nasz starszy z rezygnacją wysunął się jeszcze bardziej na front. SS-man — nie bardzo, jak widać przytomny — dopiero skombinował, że stąd poszło całe zamieszanie.
”Aa”, zawrzasnął, — ”to ty się tak spisujesz, gdy cię obdarzyliśmy zaufaniem? Ty, starszy sztuby?!!!” Zaczął go bić po twarzy. Harcerz stał niewzruszony. ”Który to szubrawiec?” wrzeszczał Niemiec, ”daj mi go tu!... który?”
I wtedy to właśnie — błyskawicznie — zdarzyła się ta jedyna rzecz! Starszy odpowiedział po niemiecku, aleśmy wszyscy zrozumieli:
”Nie wiem który... Brałem tylko z liczby” — i potem —
Proszę mnie ukarać za to niedopatrzenie”.
Patrzył Niemcowi wprost w twarz, choć własna jego młoda twarz broczyła krwią z rozbitego nosa i zębów. Niemiec zamilkł... spojrzał po nas... jeszcze raz na starszego i powiedział coś w rodzaju:
”Dobry początek! Zapisuję cię do protokułu!”
Jednak jakoś na razie — nie zapisał. Bo następnego dnia nic się nie zdarzyło. Nasza sztuba nie wiedziała wprost, jak świadczyć swemu starszemu. Ale po dwu dniach zabrano go i dostał siedem dni ”karnego”, jak dowiedzieliśmy się ”za wygłoszone przemówienie!”... Więc któryś z nas, ze sztuby?!... Niemców nie było już wtedy w bloku. O, bylibyśmy go zadusili gołymi rękami, żeby tylko można było wiedzieć: kto?!... kto?!... Nie dowiedzieliśmy się. Siedziałem rok i nie dowiedziałem się.
A nasz starszy po sześciu dniach karniaka został odniesiony do krematorium.
Jeszcze bardziej wstrząsające było w nim to, że podobnie do Jackowego, jego bohaterstwo było jakby nieświadome. To znaczy, u Jacka było całkiem nieświadome, u tego zaś harcerza, niezależnie od rozumowej linii w kierunku honoru, godności, koleżeństwa było jeszcze coś podświadomego: podświadomy instynkt męstwa.
Więzień, którego wybawił — ów zawieruszony w ubikacji, ciężko chory człowiek, nie o wiele przeżył swego wybawiciela: w kilkanaście dni skończyła go biegunka. Ale do śmierci sa-