Strona:Oświęcim - pamiętnik więźnia.djvu/19

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


giego i znów przyskoczył do Jacka: ”Nie podoba ci się?... To sam bij ich! Ja ci każę! Bij! Bij natychmiast!”
Ku osłupieniu paru przymusowych świadków tej sceny — Jacek odpowiedział tak samo stanowczo i spokojnie: ”A to — nie!! Nie będę!!”
Capo podobno osłupiał, głupkowato zaśmiał się, machnął ręką... Może całe zajście rozeszłoby się po kościach, ale... Dostrzegł to zdaleka Niemiec, SS.
”Jacuś! Jacuś! bij że mnie! uderz!”... zaszeptał jeden z więźniów, ”Niemiec leci!”
Ale Jacek stał wyprostowany, ani drgnie.
Niemiec nadbiegł — był to młody ”szturmowiec”, — spytał Slązaka o rzecz. Tamten służbiście wyjaśnił mu: ten młody nie chce, na jego rozkaz, bić tamtych dwóch.
”Spytaj go, dlaczego? wrzasnął Niemiec. Slązak powtórzył Jackowi, dodając od siebie: ”Nie bądź głupi!!”
Jacek na to spokojnie, z naciskiem: ”Nie będę bił swoich”.
Wtedy Niemiec bez słowa wyjął rewolwer, z odległości trzech kroków zastrzelił Jacka i nie oglądając się, poszedł.
Capo zawołał dwóch więźniów z pobliża /swoim kazał ruszyć z taczkami/ i kazał odnieść ciało do krematorium. Jacek już nie żył.
Niemiec zrozumiał, o co poszło Jackowi. I to jest też przyczynek o sądzeniu o niemieckiej kulturze! Nasz Jacek wolał umrzeć, niż sponiewierać rodaków. Młody Niemiec, jego rówieśnik, Hitlerjugend wychowanek, zatracił już zupełnie poczucie wszelkiej wartości moralnej: wściekłość z powodu, że Polak śmie się sprzeciwiać, uderzyła mu momentalnie do głowy, nie zawahał się nawet sekundy, zabił.
Jacek mógł przetrzymać obóz. Nie przeziębiał się, był bardzo silny, nie imały go się wszy. Taki był żywotny, że przez wiele, wiele czasu, budząc się w nocy, szukałem go koło siebie na sienniku. Czasem, przed ranną pobudką, budząc się ze snu, miałem dokładnie wrażenie, że siedzi obok mnie, ubierając się. Lubił tak obudzić się przed wszystkimi, posiedzieć spokojnie i podumać.
Byłby przetrzymał obóz.


X.

Po Jacku, którego nie można zapomnieć, sąsiadem moim na sienniku był starszy człowiek, w życiu buchalter czy pomocnik buchaltera, na obozie — pracownik kuchenny. Dlaczego ten człowiek przy tej pracy kuchennej wciąż się przeziębiał i chorował — nie rozumiałem. Podobno był chory już na wolności. Tu, przy mnie, chorował na tę najdokuczliwszą dla sąsiada chorobę: nietrzymanie moczu! Cóż to była za męka! Doświadczyłem jej w całej pełni. Rzadko która noc była ”sucha”. Pozatym, jeśli się udało rano ukryć mokrą plamę, trudniej było poradzić ze zjadliwym zapachem moczu. Stale wykrywano nas i dostawaliśmy obaj. Było mi go żal, ale też obrzydł mi dokumentnie. Odetchnąłem prawdziwie, kiedy po paru tygodniach wypuszczono go i sporo innych. Zrobiło się luźniej i otrzymałem cały siennik dla siebie.
Buchalter był uciążliwy nie tylko z powodu opisanej wady, ale nadto ciągle jęczał. Nim zasnął i skoro się obudził, wydawał natychmiast szept: ”Boże, Boże! Wszystko przepadło!”
Miał szczęście, pracę lekką, ani razu nie został poważniej okaleczony, a ciągle tak jęczał i stękał. Z rozmowy dowiedziałem się, że nic mu się nie stało w tę wojnę: ani mieszkania, ani posady nie stracił; nikt z rodziny nie ucierpiał, nikt nawet nie poszedł na wojnę. Dwudziestoletni syn /chyba idiota!/ przesiedział wrzesień pod matczynym fartuchem. Prócz zadawnionej choroby pęcherza, staremu, istotnie nic nie dopiekło. Do Oświęcimia trafił wprost z kawiarni, gdzie codziennie /od osiemnastu lat/ bywał popołudniu na pół czarnej i gazetce. Myślę, że i po zwolnieniu typ ten będzie jęczał swoje: ”Boże, Boże! Wszystko przepadło!”

— — —

Niektóre typy ludzkie w tym Oświęcimiunabierają szczególnej plastyki. Może i dlatego, że tło z konieczności jest szare. Większość bowiem internowanych znajduje swą obronę w wewnętrznym przyczajeniu się, zahamowaniu wszelkich zbędnych odruchów i dzięki temu niweluje się to ogólne tło ludzkie. Zresztą taktyka taka jest zupełnie dobra, jedynie właściwa; każdy, kto przebył w obozie ponad kilka tygodni, wie już niezawodnie, ża najmniej prześladowań ściąga na siebie człowiek średni w każdym sensie, nie wyróżniający się niczym szczególnym: ani piękny ani brzydki, ani najmocniejszy ani najsłabszy, ani szczególnie zręczny ani wybitnie niedołężny. Stuprocentowo-silnych, wspaniałych Polaków Niemcy-sadyści zatłukują na śmierć ze szczególną przyjemnością. Pastwią się też — to już chyba wynika z istoty samego sadyzmu! — nad szczególnie niezaradnymi fizycznie, całkiem niezdolnymi do żadnej pracy ręcznej, bardzo chorymi, bardzo nieszczęśliwymi ludźmi. Każdy też z nas po pierwszych doświadczeniach już zaobserwował, że gdy biją — należy opanowywać swą reakcję na ból, powstrzymać ile mocy krzyk lub jęk, skrzywienie, drżenie itp. Bo jaskrawa reakcja na