Strona:Oświęcim - pamiętnik więźnia.djvu/10

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


1940-go roku, stanowiło to zaledwie około 30% całego stanu liczebnego więźniów.
Przedewszystkim bardzo trudno jest dostać się do lekarza, bo wszelkie ”władze” blokowe i szpitalne stoją z reguły temu na przeszkodzie. Wolno też udać się do lekarza dopiero wtedy, gdy się ma ponad 38 stopni gorączki. Nie stosują żadnych lekarstw, prócz aspiryny i środków opatrunkowych /bandaże papierowe/. Opatrunki robią sanitariusze, mianowani spośród więźniów; ulegają oni łatwo demoralizacji, lekceważąc chorych i rannych, wysługując się Niemcom i drżąc o swoje żebracze przywileje. Opatrują więc — we trzech lub czterech — w ciągu 1–2 godzin niekiedy do 500 więźniów, traktując ich przytym jak bydło. Oczywiście lekarz i jego pomocnicy — to już Polacy! — również maltretują więźniów. Trudno jest dostać się do izby chorych, gdzie zresztą brud i warunki życia analogiczne do ogólnych obozowych, tyle tylko, że nie zmuszają do ćwiczeń i pracy, nie zrywają do apelu. Ale jeśli chory, któremu nie uda się trafić do izby chorych, uzyska jednak zwolnienie od pracy /najłatwiejsze do uzyskania jest ”Bettruhe”, pozwolenie leżenia w łóżku, na sienniku/, — to wstawanie na apel obowiązuje go w dalszym ciągu, niezależnie od stanu zdrowia i pogody. — Najtrudniej jest trafić do szpitala, zajmującego cały blok, gdzie dopiero jest czysto.


V.

Zdaje się, powszechną jest skarga wypuszczonych z obozu na głód, jakiego tam doświadczali. Wogóle na jedzenie. Można to tak ująć ogólnie, że młodzi bardzo głodują, a starsi — prawie wcale. Tam bardzo jaskrawo występuje, jak przy schyłku życia organizm ludzki potrzebuje już mało godzin snu i mało pożywienia. My zaś, młodzi, straszliwie głodujemy, umieramy tam z wyczerpania na skutek stałego niedojadania, no i potrzebujemy swoich 7-iu godzin snu. Jedzenie dostajemy w obozie 3 razy. Rano /zależnie od pory wstania, latem wcześniej, zimą później — o 5 lub 6-ej/ czarną zbożową kawę, czasem podsłodzoną i do tego wolno sobie zjeść część chleba, który wydają nam na cały dzień /300 gr. na osobę/; do obiadu, który jest w południe, zasadniczo chleba jeść nie wolno, a zresztą każdy musi zostawić sobie chleb do kolacji. Na obiad bywa zawsze zupa, lepsza lub gorsza. Taka więzienna, ale podobno nie gorsza np. od zupy z Pawiaka. Są tam różne jarzyny. Czasem brukiew, kapusta, fasola, zawsze kartofle, ale nie gęsto, po parę kartofli na więźnia. Czasem kasza. Okresami zupy te bywają lepsze, trochę tłustsze, lepiej okraszone. Ale zdarzają się długie okresy, w których zupy są tak ”chude” i jałowe, że menażka daje się opłukać do czysta zimną wodą. Na kolację około g. 7-ej do chleba otrzymujemy kawę, czasem znów zupę, bywają zaś takie tygodnie, że wydają nam raz — dwa razy w tygodniu po kostce margaryny lub po parę plasterków kiełbasy do chleba. Powiedziałem już, iż ilość płynów w pożywieniu jest duża. Istotnie rano i wieczorem po ¾ litra kawy, herbaty ziołowej, zupy lub kawy wieczornej; na obiad 1 litr zupy; daje to więc 2 i ½ litra dziennie a niekiedy można jeszcze otrzymać dolewkę. Żywienie więźniów okresowo polepsza się i pogarsza, w czasie mego pobytu było też kilka takich zmian. Czasami pogarszało się o tyle, że więźniowie wyjadali z pomyj obierki. Na wiosnę 1941 roku zwiększono nam dzienną rację chleba do 500 gr. na osobę — i do śniadania zaczęli wydawać — podobnie jak do kolacji — po trochę marmelady, margaryny lub t.p. Uwzględniając jednak wszelkie polepszenia, trzeba stwierdzić, że żywienie to jest niewystarczające, wskutek braku tłuszczów pozbawione własności odżywczych, powoduje wyczerpanie, złośliwą anemię, szkorbut.
Mówiąc o jedzeniu można jeszcze dodać, że czasem zaczynają nam dużo dawać kartofli w zupie, lub dużo brukwi, kapusty; zachodzi to wtedy, gdy się na składzie jakiś produkt żywniościowy psuje, gdy jest go jeszcze dużo i trzeba go prędzej skończyć. Kartofle w zupie bywają zasadniczo bez łupin, ale zdarzało się też, że otrzymywaliśmy je w łupinach. To już nie wiem, od czego zależy. Może czasem tych kartoflanych skrobaczy popędzą do innej pracy, nie zdążą oskrobać dostatecznej ilości kartofli i resztę kucharz wrzuci do kotła w łupinach, czy ma się tem przejmować? Zresztą łupiny, obierki kartoflane nie są tam u nas bynajmniej w pogardzie: z głodu, jak już wspomniałem, młodzież często wyjada obierki i podobne odpadki od obiadów na surowo, nadto wybierając je ze śmietnika. To chyba jest już dostatecznym świadectwem, jak strasznie głodują tam nasi młodzi chłopcy.
Dobrą ilustracją wygłodzenia internowanych może być i taki fakt. Jeden z ”Kapów” /widocznie człowiek przyzwoity/, wystarał się na własną rękę o dodatkowy kocioł kaszy i śmiejąc się, rozdzielał tę kaszę między swych podkomendnych. Gdy jednak dokoła kotła zaczął się tworzyć wielki tłok i tłoczący się ludzie nie utrafiali z podsuwaniem menażek, ”Kapo” jął, zaśmiewając się jeszcze lepiej, wyrzucać kaszę łyżką na głowy, ręce więźniów i wprost na ziemię... Okropnie przykry był widok ludzi, zlizujących tę kaszę z własnej odzieży lub zbierających ją też z ziemi, pomieszaną z piaskiem. Zrozumiałem,