Strona:Noc letnia.djvu/101

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


świeżej struny dźwięki. — Starszy przemawiał wolniéj i surowiéj, znać radził, przestrzegał i zaklinał — znać kochał mocno — znać wątpił nieco — a młodszy nie wątpił, przysiągł, rzucił się na szyję przyjaciela, wnet potém na siodło — i poleciał, poleciał jak potok z góry na dół, potém jak strzała po równinie. — Chmara sług sypnęła się z domu starożytnego i goni za Panem!
Wtedy pozostały ukląkł, i słyszałem to co mi wiatr przyniósł z jego modlitwy: «Ojcze niebieski! dozwól téj duszy rozkwitającéj nie zwiędnąć na ziemi — Nie wódź jéj na pokuszenie, wszelkiego poddaństwa ludzkiego, odsuń od niéj znamię — niechaj tobie służy tylko — Matce po sześćkroć zabitéj niechaj służy tylko!» —
Tu umilkł klęczący i zdał się głęboko rozpamiętywać, czy przeczuwać, czy téż modlić się wciąż jeszcze — aż ścisnął dłonie z sił wszystkich, i znów wiatr przyniósł mi słowa jego: «Ojcze niebieski! nie proszę cię za przyjacielem, byś mu osłodził mękę życia — on cierpieć musi jako wszy-