Strona:Nikołaj Gogol - Portret.djvu/103

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

praczki bieliznę, ażeby zaś nie brudziła się, za każdym razem po powrocie do domu zrzucać ją i pozostawać tylko w bawełnianym, bardzo starym i oszczędzonym nawet przez czas szlafroku. Trzeba rzec prawdę, iż początkowo trudno było mu przyzwyczaić się do takich ograniczeń, ale później przywykł i wszystko poszło swoim trybem, — nauczał się nawet głodować wieczorami; karmił się za to duchowo, piastując w myślach swych wieczną ideę przyszłego płaszcza. Od tego czasu nawet istnienie jego stało się jakby pełniejsze, jakby się ożenił, jakby istniał w nim inny człowiek, jakgdyby nie był sam i jakby jakaś miła towarzyszka zgodziła się iść z nim razem drogą życia — a towarzyszką tą było nic innego, tylko płaszcz na grubej wacie, na mocnej, nie do zdarcia podszewce. Zrobił się jakiś żwawszy, twardszy w charakterze, niby człowiek, który już określił i stworzył sobie cel. Z twarzy jego i czynów zniknęło samo przez się wahanie, niezdecydowanie, słowem wszystkie cechy niepewności i chwiejności. Czasami błyskał ogień w jego oczach a w głowie przemykały się śmiałe i harde myśli: czy też nie dać doprawdy kuny na kołnierz. Rozmyślania nad tem, omal że nie przyprawiły go o roztargnienie. Pewnego razu, przepisując papiery o mało co nie zrobił błędu, tak że prawie głośno krzyknął „och!“ i przeżegnał się. Chociaż raz w ciągu miesiąca odwiedzał Piotrowicza, aby pogadać o płaszczu gdzie lepiej kupić sukno i jakiej barwy i w jakiej cenie — i jakkolwiek zakłopotany, ale zadowolony zawsze