Strona:Nietzsche - Tako rzecze Zaratustra.djvu/171

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.



O UCZONYCH

Gdym we śnie spoczywał, pożerała owca wieniec bluszczowy z mego czoła, — pasła się i mówiła przytem: „Zaratustra nie jest już uczonym“.
Co rzekłszy, odeszła precz, nadęta i dumy pełna. Opowiedziało mi to dziecko.
Chętnie spoczywam tutaj, gdzie dzieci igrają, pod rozwalonym murem pośród pokrzyw i maków kraśnych.
Uczonym jestem jeszcze dla dzieci, dla pokrzyw i dla maków kraśnych. Niewinne są one nawet w złośliwości swej.
Lecz dla owiec już nim nie jestem: dola ma tak chciała. — błogosławiona niech będzie ma dola!
Gdyż prawdą jest to: wyprowadziłem się z domu uczonych i drzwi za sobą zatrzasnąłem w dodatku.
Zbyt długo siedziała ma dusza o głodzie przy ich stole; nie jestem, jak oni, ułożony do poznawania, niby do łuskania orzechów.
Swobodę kocham i świeże tchnienie ziemi i raczej na skórach wołowych spoczywać zechcę, niźli na ich godnościach i dostojeństwach.
Jam jest zbyt gorący, własnemi myślami spalany: nieraz mi oddech one zapierają. Wówczas na wolne powietrze uciekać muszę, zdala od wszystkich zakurzonych pokojów.
Oni jednak siedzą chłodni w chłodnym cieniu: zawsze pragną być tylko widzami i wystrzegają się, aby tam nie siąść, gdzie słońce stopnie przypala.
Jak ci, co na ulicach wystawają, gapiąc się na przechodniów, tak wyczekują i oni, gapiąc się na te myśli, które inni pomyśleli.