Strona:Najpiękniejsza.djvu/019

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Powinna wyglądać niby zarzucony na suknią obłok... przezroczysty, rozwiewny, niepochwytny... Ręce obnażone po same ramiona, mówiłem to już pani, panno Blanko? Zupełnie obnażone! Na ramionach, nic, prócz skromnéj jakiejś kokardy, przepięcia, z pod którego dobrze widać ramię... Z czego zrobić przepięcie? Nie wiem... waham się jeszcze... Potrzebuję namyślić się... Niech pani raczy powrócić jutro.... Do jutra, pani, nie prawdaż? Do jutra!
Pani Dagand powróciła nazajutrz, i znowu nazajutrz po owém „jutrze,” i powracała tak codzień aż do Środy, poprzedzającéj ów sławny Czwartek. A za każdym razem, czekając aż na nią przyjdzie koléj przymierzania, obstalowała sobie jakąś sukienkę, skromniutką wprawdzie, bardzo skromną, ale zawsze przecie wynoszącą od siedmiuset do ośmiuset franków.
Nie dość na tém. Gdy za piérwszą swoją bytnością u pana Artura, wychodziła pani Dagand z podwoi, prowadzących do tego przybytku mody, widok jéj karetki ciężką zadał jéj boleść... bardzo ciężką! Smutnie bo, ach! jak smutnie wyglądała ta karetka wpośród arcy-wspaniałych ekwipaży, które, trzema stojąc rzędami, zajmowały połowę szerokości ulicy. Karetka to była jeszcze nieboszczki jéj świekry, i od piętnastu już lat się wysługując, dziś jeszcze turkotała po bruku ulic Paryża. Pani Dagand po to tylko wsiadła do téj opłakanéj karetki, aby się kazać zawieźć do słynnego karetnika...
Wieczorem zaś, zręcznie skorzystawszy z psychologicznego momentu, wytłómaczyła panu Dagand, że widziała taką sobie niewielką, czarną, takim sobie ciemno-błękitnym atłasem wybitą karetkę, która pasowała-by w sam raz... ach! jakby pasowała prześlicznie! do nowych sukienek pani Dagand.
Nazajutrz kupioną została nowa karetka przez pana Dagand, który także czuć już zaczynał i pojmować całą rozciągłość nowych swoich obowiązków. Ale tegoż dnia jeszcze spostrzeżono, że niepodobna do téj karetki — istnego cacka! — zaprzęgać starego konia, który ciągnął tamtę starą karetę, i że również niepodobną jest rzeczą posadzić na koźle starego stangreta, który starym koniem powoził.
I dlatego to we Czwartek, dnia 25 Kwietnia, o pół do jedenastéj wieczorem, śliczna klacz skarogniada, którą powoził