Strona:Najpiękniejsza.djvu/015

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


razem i wytworny, przechodził on od jednéj klientki do drugiéj, a błagania ich, prośby, wołania, ścigały go i towarzyszyły mu wszędzie. „Panie Arturze! panie Arturze!” słowa te zewsząd słychać było. On to był tym „panem Arturem” i przez wszystkie błagalnie przywoływany, powoli wszystkie obchodził, z księżnami uszanowania pełen, ale nie do zbytku pokorny, z aktorkami poufały, ale nie zbytecznie spoufalony. Ciągły i nieustający ruch panował w tyw wspaniałym salonie, wśród nagromadzenia przecudownie pięknych aksamitów, atłasów, brokateli, złotem i srebrem litych, lub złotem i srebrem haftowanych materyi, na chybił trafił, bezładnie — a jak przecie umiejętnie! porozrzucanych po sofach, stołach, fotelach, wszędzie, gdzie tylko rzucić je można było.
Pani Dagand natknęła się u wejścia na jednę ze szwaczek, niosącą na obu rozpostartych rękach lekką, białą suknią, istną górę z muślinu i koronek, z za któréj zaledwie trochę widać było czarną, rozczochraną czuprynkę młodéj szwaczki i sprytnie przebiegłą jéj minkę, właściwą dziecięciu przedmieściowego pospólstwa.
Cofnęła się pani Dagand pod ścianę, chcąc z drogi ustąpić szwaczce, ale tam pod ścianą stała znowu jedna z panien „od przymierzania” wysoka brunetka, o energicznym wyrazie twarzy, i rozkazującym głosem wołała przez tubę:
— Przynieść tu proszę natychmiast suknią księżnéj! Natychmiast!
Zmieszana, odurzona, pani Dagand skryła się w jakimś kąciku, czyhając na sposobność, wyglądając szczęśliwéj chwili, w któréj uda się jéj pochwycić w przelocie jednę z panien. Miała już prawie ochotę dać wszystkiemu za wygraną. Nigdy, o! nigdy, nie zdobędzie się na odwagę rozpoczęcia rozmowy z tym groźnym, z tym okropnie imponującym „panem Arturem!” W przelotném spojrzeniu, jakie na nią był rzucił, wyczytała, (a przynajmniéj czytać mniemała:) „A to kto taki? Ktoś nieubrany wcale! Robi jéj suknie szwaczka z tamtego brzegu Sekwany!”
Wreszcie udało się pani Dagand złapać jednę z niezajętych w téj chwili panien „od przedawania,” która, rzuciwszy jéj takież samo leciutko wzgardliwe spojrzenie, dodała do niego pytanie: