Przejdź do zawartości

Strona:Na wzgórzu róż (Stefan Grabiński).djvu/032

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została uwierzytelniona.

Rzucam trupa Jerzego, doganiam córkę i jednem uderzeniem roztrzaskuję jej głowę o belkę...
Krew zmieszała się z purpurą słońca.
Tępo patrzę pod ścianę, gdzie leży syn mój: zda się przywarł do obrazu i uzupełnił go z największą dokładnością, na cal się nie wysunął poza linię.
A w rękach nie zaciśniętych już więcej koło próżni, lecz miażdżących mu szyję, poznałem... moje własne...
Karawana obłędnych myśli przeciągnęła ze szczękiem, zachrzęściła szkieletami trupów i szczezła w zawieji...

· · · · · · · · · · · · · · · · · · · ·
· · · · · · · · · · · · · · · · · · · ·

Problemat zagrody był rozwiązany.