Przejdź do zawartości

Strona:Na wzgórzu róż (Stefan Grabiński).djvu/027

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została uwierzytelniona.

stawił mi się dość dziwny obraz, czy raczej jego fragment.
U spodu ściany tuż nad podłogą odciskały się kontury nóg dziecięcych; jedna zgięta w kolanie opierała się końcem stopy o drugą, sztywnie wyprężoną ku ziemi. Tułów przechylony wstecz, dochodził mniej-więcej do piersi — reszty brakło.
Małe, wątłe ramiona wznosiły się w górę ruchem bezsilnej samoobrony.
Całość mogąca wyobrażać ciało kilkuletniego chłopca, tchnęła bezwładem zwłok.
Nieco wyżej ponad tem, a w kierunku nieistniejącej głowy, widniało dwoje rąk, kurczowo zaciśniętych około czego — niewiadomo; przestrzeń między palcami była pusta. Lecz ręce te należały do kogoś innego: były znacznie większe i żylaste. Do kogo — obraz nie wskazywał, bo urywały się już poniżej łokcia i zatracały gdzieś na białem tle ściany.
Obraz ten jak i cała izba miewała w słoneczne dnie swe specyalne oświetlenie. Promienie wpadając przez okna, załamywały się w taki sposób, że światło rozszczepione w krwiste okola oblewało jeden ze słupców przyciesi; zdawało się wtedy, że ściekają zeń grube krople krwi i rozwodzą w kałużę u spodu.
Tłómaczyłem sobie to niezbyt przyjemne zjawisko prawami optyki i szczególnym składem chemicznym szkła w szybach zresztą białych i nieskażenie przeźroczystych.
Zbadawszy samo siedlisko, przeszedłem w sad, czy ogród, stanowiący z niem jedną, nierozłączną, a stylową całość.