Przejdź do zawartości

Strona:Na wzgórzu róż (Stefan Grabiński).djvu/023

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została uwierzytelniona.

I nie wiem, czemu jeszcze żyję i na co i że wogóle po tem żyć mogę. Bo w pokutę nie wierzę; zresztą nie czuję się winnym...
Choć krwawo słońce zachodzi i szkarłat na głowę mi bluzga — nie czuję się katem...
Tylko za długa agonia, zbyt się pastwi nademną.
Choć pod wspomnieniem arterye tężeją, a w mózgu przewalają się kałuże krwi — czyste mam czoło i trupio-blade ręce...
Tylko zbyt się odwleka mój koniec i za jasno wszystko rozumiem, za bystro... Dziwnie jakoś zaostrzyła mi się uwaga. Chłodny jestem jak stal i jak stal wrzynam się we własne tętnice...
A słońce gra, a słońce purpurą obrzuca...
Ociekam krwią, serdeczną krwią...
Byłem ojcem dwojga dziatek, naszych biednych dziatek. — Agnes kochała je do szaleństwa, więcej może niż mnie. I porzuciła, przedwcześnie. Zmarła parę lat po przyjściu na świat młodszej dziewczynki.
Agnes moja! moja słodka Agnes...
Śmierć ta rozstroiła mnie bardzo. Nie mogąc uspokoić się jednostajnym trybem życia, zacząłem podróżować wraz z dziećmi, które mi były jedyną osłodą tych czasów. Dla oderwania myśli od bolesnych wspomnień, czytałem dużo, przerzucając się kolejno w tematy najrozmaitsze, od najbardziej wyuzdanych i brutalnych do pełnych mistycyzmu i symboliki. Przytem nie zapomniałem o K. i jego teoryach.
Pewnego razu zatrzymaliśmy się na czas dłuższy w mieście * w zamiarze spędzenia tu miesięcy jesiennych. Samo miasto z cechami typowemi większych