Przejdź do zawartości

Strona:Na wzgórzu róż (Stefan Grabiński).djvu/021

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została uwierzytelniona.
SZALONA ZAGRODA.

W poblaskach stoję słonecznych, w strugach się pławię pokrwawia — a wichry nademną tak smętnią, a wichry tak kwilą nad głową...
W step patrzę pusty, rozległy, w step patrzę, zielskiem zmącony — a kruki się żalą nademną, a kruki nademną tak płaczą...
Samotny stoję w rumowiu, bezdomny ojciec bezdzietny — a rozpacz po gruzach się tłucze, a rozpacz po szczerbach się słania...
Na kresach chmury się prężą, na skłonaeh chmury się stalą — dym płachtę zarzucił na oczy, w krtań więzgną, wrzynają się sadze...

· · · · · · · · · · · · · · · · · · · ·

Wczoraj wróciłem z zakładu: nie jestem już szkodliwy. Niech i tak będzie. Lecz przysięgam, że każdy na mem miejscu, w podobnych okolicznościach doszedłby wkońcu tam, gdzie ja...
Nie jestem chory i nie byłem nim nigdy — nawet wtedy... tak... nawet wtedy. To, co zrobiłem, wynikło nie z jakiegoś zboczenia, lecz było konieczne, jak nimi są przejawy żywiołów, jak śmierć i życie — wynikło ze środowiska z oczywistością niezachwianą. Nie jestem i nie byłem nigdy psychopatą!
Natomiast byłem skończonym sceptykiem; nie przywiązywałem się do żadnej zasady, czy doktryny —