Strona:My, dzieci sieci - wokół manifestu.pdf/26

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Gowers mógł sobie na to pozwolić. Jego pozycji naukowej nikt nie podważy. Nie musi się też martwić o zrobienie habilitacji w Polsce. Może wybierać takie czasopisma, w których chce publikować. Może patrzeć na politykę wydawniczą i dopiero wtedy decydować.

AUTOR MOŻE WYBRAĆ, ALE SIĘ NIE ZNA

A co może zrobić polski naukowiec? Powinien się uczyć od Gowersa i robić dokładnie to samo.
Nie jest tak, że jesteśmy zmuszani do oddawania swoich prac naukowych wydawnictwom, które łaskawie je opublikują, jeśli autor dorzuci odpowiednią sumkę do kosztów druku (lub sfinansuje wszystko w całości, np. z grantu), nie będzie sobie rościł praw do honorarium, a po opublikowaniu nie będzie miał najmniejszej ochoty i możliwości umieszczenia wersji elektronicznej w sieci. Bo tak to najczęściej wygląda — szczególnie w przypadku wydawania monografii w naukach humanistycznych i społecznych.
Ile to już rozmów przeprowadziłem z autorami, którzy nagle oświeceni podstawową wiedzą z zakresu prawa autorskiego, mówili: „no to ja straciłem swoją książkę, nie mogę już nic z nią zrobić”. Kiedy zadaję pytanie: „A jaką umowę podpisałeś / podpisałaś?” — wówczas najczęstszą odpowiedzią jest: „Nie wiem, ale chyba oddałem wszystkie prawa i nic nie mogę z tym zrobić. A jak zrobię, to złamię prawo”. A ja zawsze wówczas dodaję: „I przyjdą zabrać ci nerkę, bo też się jej w umowie zrzekłeś?”.
W skeczu Monty Pythona dwóm panom w białych kitlach, którzy pobierają wątrobę od „dobrowolnego dawcy”, żona dawcy tłumaczy, że jej mąż chodzi do biblioteki, widzi, że ktoś coś tam podpisuje. I on też podpisuje, a potem wraca do domu pełen dobrych intencji.
I autor też ma takie dobre intencje. Pracuje nad artykułem i książką, chce rozwijać siebie i powiększać wiedzę o świecie. Jest pełen dobrych intencji i idzie do wydawnictwa. Które też jest pełne dobrych intencji. I książka się ukazuje, artykuł zostaje opublikowany i… koniec bajki. Bowiem autorzy najczęściej nie dbają o swoje interesy, a potem narzekają. Nawet jeśli wszystkie nieszczęście, które ich spotykają, sami na siebie ściągnęli, to zawsze znajdą tych Innych. I to właśnie Oni są odpowiedzialni za całe zło.
Kiedy już przychodzimy do wydawnictwa, to powinniśmy dbać o własne dobro, a nie o interesy wydawnictwa. Interesować się umową, zapisami, polami eksploatacji. A najlepiej to tym wszystkim zainteresować się przed wyborem miejsca publikacji. Przecież funkcjonuje tyle dobrych marek, które pozwalają umieszczać materiały w sieci, funkcjonują prestiżowe czasopisma, które publikują w modelu Open Access. To czego zatem brakuje polskim naukowcom?

WIEDZA I WIEDZA. I WIEDZA

Brakuje im wiedzy, wiedzy, wiedzy i jeszcze raz wiedzy. Kiedy opublikowałem swoją książkę w wydawnictwie naukowym na licencji Creative Commons, dostałem mnóstwo maili z pytaniem: „Jak udało się Panu przekonać wydawnictwo do tego? Przecież to niewykonalne!”. To banalne: po prostu powiedziałem, że chcę wydać książkę na takiej licencji. Koniec kropka.
Kilka dni temu miałem przyjemność rozmawiać z panią dyrektor pewnego dużego wydawnictwa naukowego, składałem bowiem tam propozycję książki, która ukaże się w ramach większego projektu. Oprócz podstawowych szczegółów podałem tam również, że chcę, aby książka ukazała się na licencji CC BY 3.0. Musiałem dopowiedzieć, co to oznacza, wyłożyłem wszystkie podstawowe elementy tej licencji, aby usłyszeć odpowiedź: „Nie ma sprawy”. W wydawnictwach też pracują rozsądni ludzie.
Przestałem się już łudzić, że autorzy naukowi sami zrozumieją, jak świat się zmienił. Że nie mamy jednego wielkiego wydawcy książek naukowych i czterech czasopism na krzyż. Świat wydawniczy otworzył się — możemy sami decydować. Oczywiście trzeba jasno powiedzieć: jeżeli w poszukiwaniu czasopism naukowych narzucimy filtr, że mają

26My, dzieci sieci: wokół manifestu