Strona:Mieczysław Bierzyński - Niepłakany.djvu/17

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Co też pan z dziećmi nie wyprawia! — mówiła Zagrobina, która wtrącała się od czasu do czasu w ich rozmowę — Bałamucą się smarkate i potem ani rady dać z niemi.
— Co to szkodzi, moja pani!... młode to i małe...
— A bajka? — dopominało się któreś.
— No, słuchajcie!
Dzieci ucichły, stary zaczynał: Było trzech braci: dwóch mądrych, jeden głupi.
— Wiemy! wiemy! wiemy! — zawołały chórem.
— Cicho mi zaraz! Mówiliście, że słuchać będziecie starej; nie chcecie, to wam żadnej nie powiem.
— Eh... kiedy bo...
— Niema żadnych »eh!« — i stary jął się znowu chmurzyć, puszczając wielkie kłęby dymu z fajki. Dzieci patrzały niedowierzająco. Frania zaczęła głaskać go po twarzy i całować: »dziadusiu! drogi dziadusiu!...« Stary dalej mruczał, bawiąc się zakłopotaniem dzieci. Było mu dobrze, bardzo dobrze... Gdyby tak jeszcze buty był kupił Jankowi... w przyszłym tygodniu sprawi mu niezawodnie.
Nagle Zagrobina postawiła żelazko i podbiegła do okna: zdawało jej się, że słyszy jakiś niezwykły ruch na ulicy.
— Jasiu, skocz-no na ulicę, zobacz, co się dzieje...
Jaś nie dał sobie dwa razy tego mówić, schwycił za czapkę i wybiegł. Słotwiński uspakajał, że pew-