Strona:Mark Twain - Pretendent z Ameryki.djvu/85

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

szają nas do tego. Nagle twarz lorda przybrała wyraz budującej uprzejmości i zwrócił się do syna:
— A może byś uściskał i mnie?...
Młodzieniec spełnił to ochoczo.
— Więc jednak jesteś synem earla? — z wyrzutem zapytała Sally.
— Tak, ja...
— W takim razie nie chcę ciebie!
— Ależ, Sally...
— Nie, nie chcę ciebie! Znowu skłamałeś!
— Pani ma słuszność. Odejdź o zostaw nas samych. Chcę pomówić z tą panią.
Berkeley musiał odejść. Ale nie poszedł daleko. Postanowił być pod ręką. Do samej północy przeciągnęła się rozmowa starego dżentelmena z młodą dziewczyną. Nagle skończył ją i powiedział:
— Zrobiłem taki szmat drogi, żeby ci się przyjrzeć moje dziecko. Postanowiłem też zerwać małżeństwo, o ile oboje okażecie się warjatami. Ponieważ jednak tylko on jest warjat — bierz go sobie.
— Naprawdę? Mogę pana uściskać?
— Naturalnie. Dziękuję. Możesz korzystać z tego przywileju, ile razy zechcesz.
Tymczasem Hawkins wrócił i niepostrzeżenie wślizgnął się do laboratorjum. Trochę się zmieszał znalazłszy tam swoją ostatnią „inwencję”: Snodgrassa. Opowiedziano mu nowiny: że przyjechał angielski Rossmore, „a ja jestem jego syn Berkeley, nie Howard Tracy”.
Hawkins był zdumiony.
— Dobry Boże, przecież pan nie żyje!
— Nie żyję?
— No naturalnie. Mamy przecież pańskie popioły.
— Powieś się pan razem z popiołami. Mam tego dość. Daj pan te popioły memu ojcu.
Powoli i z trudem wbił sobie znakomity dyplomata w głowę, że stoi przed nim chłopiec z krwi i kości, a nie bezsubstancjalna materjalizacja, za jaką tak długo uważał go razem z Sellersem. Powiedział wzruszony:
— Taki jestem rad! Taki jestem rad — ze względu na biedactwo Sally. Braliśmy pana za materjalizację złodzieja, który okradł bank w Takhlegnahe. O, to będzie silny cios dla Sellersa.
Wytłumaczył całą sprawę Berkeley’owi, który powiedział:
— Pretendent będzie musiał jakoś znieść ten straszny cios. Mam nadzieję, że przeżyje rozczarowanie.
— Kto? Pułkownik? Zapomni o tem za minutę i wymyśli nowy cud. Zawsze tak było. Ale słuchaj pan: co się stało z człowiekiem, którego pan reprezentował?
— Nie wiem. Złapałem w pośpiechu jego ubranie. Obawiam się, że zginął w pożarze.
— W takim razie musiał pan znaleźć przy nim około 20 czy 30 tysięcy dolarów w pieniądzach albo papierach?
— Nie. Tylko 500 dolarów i trochę drobnych. Drobne pożyczyłem sobie, a resztę złożyłem w banku.
— Co z tem zrobimy?
— Zwrócimy właścicielowi.
— Łatwo to powiedzieć, ale trudno zrobić. Poczekamy co nam poradzi Sellers. Dobrze, żem sobie o nim przypomniał, muszę lecieć na ich spotkanie, wytłumaczyć kim pan jest i kim pan nie jest, bo inaczej wpadnie tu jak piorun, żeby powstrzymać córkę od zaślubienia upiora. Ale przypuśćmy, że pański ojciec przyjedzie i zerwie małżeństwo?
— A jeśli on już tu jest i rozmawia z Sally?
Hawkins pośpieszył na spotkanie Sellersów.
Przez następnych parę tygodni Rossmore-Tower był świadkiem szczęśliwych, jasnych chwil i długiego nocnego czuwania. Dwaj earlowie mieli tak przeciwne natury, że bardzo szybko się zbratali. Sellers mówił w zaufaniu, że Rossmore jest najdziwniejszy charakter, jaki kiedykolwiek spotkał: człowiek stworzony ze skondensowanego mleka ludzkiej dobroci, i z tak olbrzymim talentem ukrywa ten fakt, że tylko doświadczeni znawcy charakterów mogą to odkryć. Człowiek, który cały jest słodyczą, dobrocią, miłosierdziem. Posiada jednak niezwykły talent postępowania naprzekór tym cnotom i nawet inteligentni ludzie mogliby żyć z nim całe wieki, nie podejrzewając w nim tych cech charakterystycznych.
Ostatecznie w Rossmore-Tower odbył się cichy ślub zamiast uroczystej pompy w ambasadzie angielskiej (z udziałem milicji strażaków, orkiestry i pochodni), co zrazu proponował jeden z earlów. Firma artystyczna i pan Barrow byli na ślubie. Blacharz i Kizia także byli zaproszeni, ale blacharz był