Strona:Mark Twain - Pretendent z Ameryki.djvu/18

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

5.000. Zdaje mi się, że widziałem tego człowieka, jadąc tutaj...
— Nie — czy naprawdę?
— W każdym razie, gdy wsiadłem do pociągu zobaczyłem człowieka, który dokładnie odpowiadał temu opisowi — przynajmniej co do ubrania i braku ręki.
— Dlaczego nie kazałeś go aresztować i nie zgłosiłeś się po nagrodę?
— Nie mogłem. Musiałbym mieć dowody. Ale miałem zamiar towarzyszyć mu i czekać okazji.
— I?
— O, wysiadł z pociągu pewnej nocy.
— O, do djabła, to fatalne!
— Niezupełnie.
— Jakto?
— Ponieważ przybył do Baltimore tym samym pociągiem, co ja, chociaż nie domyślał się tego, Kiedy wyszliśmy ze stacji, spostrzegłem, że idzie wzdłuż żelaznej barjery z torbą w ręku.
— Doskonale. Złapiemy go. Ułóżmy plan.
— Chcesz posłać opis do policji baltimorskiej?
— Co ty pleciesz?! Nie. Chcesz, żeby policja otrzymała nagrodę?
— A więc co zrobimy?
Pułkownik zastanowił się.
— Powiem ci. Daj ogłoszenie do baltimorskiego „Słońca”. Ułóż je tak:
A. Napisz mi słówko, Pete.
— Poczekaj, którą rękę stracił?
— Prawą.
— Dobrze. Pisz dalej:
A. Przyślij mi słówko, Pete, nawet gdybyś był zmuszony pisać lewą ręką. Adresuj do X. Y. Z., główny Urząd pocztowy, Waszyngton. Od. Ty wiesz kogo.
— No, na to się złapie.
— Ale on nie będzie wiedział kto pisał — prawda?
— Ale zechce wiedzieć — czyż nie?
— No, naturalnie, o tem nie pomyślałem. Co naprowadziło cię na tę myśl?
— Znajomość ludzkiej ciekawości. Ciekawy rys.
— Teraz pójddę do siebie, przepiszę ogłoszenie i dołączę dolara, z objaśnieniem, żeby wydrukowali mi to za niego.


ROZDZIAŁ IV

Dzień miał się ku końcowi. Po obiedzie przyjaciele zagłębili się w długą i męczącą rozmowę o tem, w jaki sposób najlepiej użyć owe pięć tysięcy dolarów nagrody, które otrzymają, odnalazłszy Jednorękiego Pete’a, schwytawszy go, i po ustaleniu tożsamości osoby, odesławszy do Tahlequah, Terytorjum Indiana. Ale posiadanie gotówki odkrywało tyle olśniewających możliwości, że nie mogli się na nic namyślać i na nic zdecydować. Wreszcie, pani Sellers rozgniewana tem, zawołała:
— Nie widzę sensu w pieczeniu królika, zanim się go złapie!
A więc sprawa upadła, przynajmniej chwilowo, i wszyscy udali się na spoczynek. Nazajutrz, przekonany przez Hawkinsa, pułkownik przygotował rysunki i wyszczególnienie, wyszedł na miasto i zgłosił patent na swoją zabawkę, a Hawkins zabrał oryginał i udał się również na miasto dla przekonania się, jakie korzyści możnaby z niej wyciągnąć. Nie sądzone mu było iść daleko. W nędznej szopie drewnianej, która niegdyś służyła za mieszkanie mało wymagającej rodziny murzyńskiej, odnalazł bystrookiego yankesa, który zajmował się naprawianiem tanich krzeseł i innych podrzędniejszego gatunku mebli. Człowiek ten obojętnie zbadał zabawkę, spróbował wykonać sztuczkę i przekonał się, że nie jest to takie łatwe, jak przypuszczał, zainteresował się tem, zapalił, wreszcie usiłowania jego uwieńczyły się pomyślnym skutkiem, i spytał?
— Czy to opatentowane?
— Patent zgłoszony.
— To się przyda. Ile pan chce za to?
— A po ile można to sprzedawać w detalu?
— Po dwadzieścia pięć centów, przypuszczam.
— Co ofiaruje pan za prawo wyłączności?
— Nie mógłbym dać nawet dwudziestu dolarów, gdybyś pan żądał gotówki, ale zaproponuję panu taką rzecz. Będę to wyrabiał i sprzedawał i płacił panu po pięć centów od sztuki.
Waszyngton westchnął. I ten sen się rozwiał; rzecz nie okazała się „pieniędzmi”. Powiedział więc:
— Dobrze, zatrzymaj pan na tych warunkach. Spiszmy umowę.
Wrócił do domu z umową — i natychmiast cała ta sprawa wywietrzała mu z głowy, — wywietrzała, by ustąpić miejsca nowym rozmyślaniom, w jaki sposób najmądrzej użyć połowy owej nagrody, gdyż w danym wypadku nie obawiał się, że przy po-