Strona:Maria Rodziewiczówna - Kwiat lotosu.djvu/171

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


z torby papiery i odczytywała je po raz setny. Gdy wywoływano nową sprawę, powstawała i słuchała chciwie, potem twarz jej kurczyła się zawodem, głowa opadała na piersi, a z oczu bezmyślnych, na papiery, trzymane konwulsyjnie, spadało łez parę i tak pozostawała do nowego wywoływania, do nowego zawodu.
Gdy sąd się zamykał i ludzie rozchodzili, wstawała jak automat, zbliżała się do stołu.
— Panie mój — pytała sędziego pokornie — a kiedy wezwą mnie i Zudrów? Czy prędko?
— Otrzymacie pozew! — odpowiadał urzędnik spokojnie, przywykły już do jej obłędu.
Wówczas wychodziła za innymi.
— Same ruiny, same ruiny! — szepnął raz Adam, patrząc z alkierzyka na jej kroki chwiejne i oczy zgasłe.
Rafał ramiona wzniósł w górę.
— Kto sobie ćwiek w głowę zabija, nie dziw, że mu wreszcie mózg przewierci!
— A jednak psychjatra mi mówił, że każdy ma taki ćwiek, ma punkt, na którym można zwarjować.
— To go nie wbijać, ale wyrywać, póki czas.
— Nie wiem, co gorzej boli? — rzekł Adam zmęczonym głosem.
Tu Rafał przestał pić kawę i spojrzał na niego bystro.
— Ty oddaliłeś strażnika Gryszana?
— Ja. Kradł i zwierzynę sprzedawał.
— No, to on cię zdradzi za to.
— Zdradzi? Co?
— Ano, twój stosunek z pańską córką. Onegdaj odgrażał się z tem u Schowankowej na sali.
Lachnicki zbladł śmiertelnie.
Więc już po karczmach wspominają Kazię z jego