Strona:Maria Rodziewiczówna - Kwiat lotosu.djvu/130

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


gwinie, gdzie będziesz szynkował djabłom tabakę, stara plotko! To ci zaręczam! Któż to roztropny potrzebuje lingwistyki w świecie? Jak w restauracji pokażesz język, to ci kelner migiem poda wołowy ozór, a pokaż Włochowi figę, to cię zasztyletuje bez dalszego tłumaczenia. Przecie kobiety roztropne w każdym kraju, gdy chodzi o ich wdzięki.
— A mandaryn, mandaryn? Co ten robił — piszczał Franz, bynajmniej niezrażony piekielnym hałasem.
— Mandaryn wrzeszczał: „O mi to Fo! O mi to Fo!“, patrząc na pogoń za mną. Przy ostatnim murze jakieś lekkonogie chińskie zwierzę chwyciło mnie za warkocz, bom był ubrany, jak prawowierny syn Niebieskiego państwa. Warkocz został mu w ręku, ja już byłem na swobodzie! Vale, piękna Yao-fe-mi! Poleciałem na „Pretty Rat!“
— Yao-fe-mi! Piękne imię! Jakżeś się dopytał, kiedyście milczeli?
— To już moje osobiste przypuszczenie! Wielki Yo nazywa tak pewnie cały ród kobiecy, bo to znaczy po chińsku: grzeszne ale smaczne! I racja jakem Bert włóczęga!
W gronie tem zdanie ostatnie zyskało ogólny poklask. Skierowane na ten tor, myśli i języki studenckie rozpoczęły formalną szermierkę. Rzucano koncepty, anegdoty, uwagi, parafrazowano temat na wszystkie sposoby. Oczy Berta strzelały gdzieś w dal ponad głowy wesołej, rozhulanej rzeszy. Zmarszczył brwi, szukał czegoś w swej pijanej głowie i nieporządnych wspomnieniach, potem uśmiechnął się zadowolony.
Z czego? Trudno było odgadnąć. Nikt zresztą w tej chwili nie śledził go, bo nawet Franz, wbrew zwyczajowi, siedział zamyślony i milczał.