Strona:Maria Rodziewiczówna - Klejnot.djvu/293

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Skocz do: nawigacja, szukaj
Ta strona została skorygowana.


Parę godzin zeszło mu w ten sposób; aż wreszcie znalazł się na podwórzu miernickiem i ujrzał, że w pokoju żony jeszcze się świeciło.
Wolałby zastać ją już śpiącą i rozmowę odłożyć jeszcze choć na kilka godzin, ale ona sama otworzyła mu drzwi i powitała go poczciwym uśmiechem. Zatém wieść jeszcze do niéj nie doszła.
Tedy Ilinicz zdecydował się sprawy nie odkładać.
— Jak się masz, Józiu? Jakże matka, dzieci? — zaczął wesoło.
— Matka trochę nie domaga. Źle je i nie sypia. Właśnie czytałam jéj głośno. Dzieci zdrowe. Mała już wczoraj chodzić zaczęła pod opieką Kazika. A Julek przygotował ci niespodziankę. Jutro się tem pochwali. W domu zresztą spokojnie. Śliczne są małe cielaki — dziesięcioro. Dojdziemy przecie do porządnéj obory. Sprzedałam groch. Mam pieniądze.
I uśmiechnęła się radośnie. Była młoda, przystojna, o żywych oczach i energicznym wyrazie twarzy. Znać na niéj było rzetelną pracę i rozwagę duchową, gdzieś, w zakątku duszy, marzenie o nagrodzie za ten trud, ochotnie dźwigany.
Wprowadziła go do jadalni i krzątała się o posiłek. Do ciągłych jego jazd przywykła, nie czyniła mu nigdy scen i wymówek. Z jéj racyi nie było nigdy chmury w ich pożyciu. Była mu wdzięczna, że jéj ufa w zarządzie majątku, była z tego nawet du-