Strona:Maria Rodziewiczówna - Czarny chleb.djvu/136

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


przyleci, spytaj mnie i wtedy o radę i mnie w zamian opowiedz myśli swoje. Motyle to będą białe.
— Nie, to także ptaki będą! Czy też one koniecznie mają nigdy nie dolecieć? Może dolecą?
Do głowy rozpalonej, o silnie pulsujących skroniach, pochyliła się twarz, już w tajemnicze, głębokie pismo poryta, łagodna i spokojna. I podczas gdy oczy łzą się oszkliły, usta, może modlitwę szepcąc, spoczęły na tętnach skroni.
— Może dolecą, nieboże! — wymówiły z żałosną rezygnacją.
A myśl w tej chwili rylca dotknęła i między linjami swej historji nacięła znak nowy, głęboki, ostry...