Strona:Maria Rodziewiczówna - Czarny Bóg.djvu/184

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została przepisana.

    Dozorca drzwi rozwarł. Kłąb gorącego dymu odrzucił ich na chwilę. Oślepieni byli, zduszeni.
    Dziewczyna poskoczyła pierwsza, za nią żołnierze z pochodnią. Dym, ujście sobie znalazłszy, rzedniał — i oto ujrzeli na posadzce kupkę czarną, długą, po której, zbudzone dostępem powietrza, poczęły biegać, jak żywe, jak mrówki, czerwone skierki ognia.
    Dziewczyna pochyliła się nad tem milcząca, skamieniała ze strachu i boleści. Ujrzała głowę straszną, osmoloną, wyżartą twarz, z której bielały wyszczerzone zęby; dalej członki wyprężone, na których spopielały szynel tlał, a z pod niego widniały szmaty popękanego ciała.
    — Ot, kanalja, zgorzał! — zabrzmiał głos dozorcy. — Taka to wdzięczność za łaskę i za tę lampkę, com mu zostawił! A zwierz dziki!
    — Doktora! — zawołał naczelnik.
    Lanin zajrzał i cofnął się, ohydą zdjęty.
    — Tfu! splunął. — Sonia, chodźmy stąd — nie strawię obiadu!
    A gdy dziewczyna nie wracała, dodał, ramionami ruszając:
    — Ot, kobieca ciekawość. Mnie mgli.
    Sonia długą chwilę wpatrywała się w trupa. Oczy miała suche, usta zacięte, nozdrza rozdęte. Dyszała tylko ciężko i rękami gasiła te mrówki czerwone, co biegały po zwłokach.
    — Sonia! — powtórzył niecierpliwie Lanin.
    Pochyliła się do samej twarzy Gregora.
    — Żegnaj wodzu! My pamiętamy! — szepnęła.