Strona:Maria Rodziewiczówna - Bajka o głupim Marcinie.djvu/12

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Śmieli się ludzie z „głupiego Marcina” ale go lubili, gościli i wołali. Gdy jednak wiosna przyszła, ledwie śnieg z pól stopniał, a wicher marcowy zaszumiał, i dzikie gęsi otrąbiły swój powrót z wyrajów — Marcin przepadł bez wieści.
— Ciekawość, co też on tam robi, na swej Skalni! pomyślał raz Tomasz, poglądając ku górom dzikim i jałowym, o które nikt nie dbał, bo na nich nic do zjedzenia i sprzedania nie było.
A pomyślawszy, że to święto było, poposzedł przekonać się — jako tam „głupi” żyje.
Ciężka była droga, wązka i stroma — nic ino kamień i głaz, i zioła dzikie w szczelinach — żeby się niemi koza nie napasła, a taka cisza, że tylko pszczoły po owych ziołach, żerując, słychać było. Słyszał od ludzi Tomasz, że do Skalni potok zaprowadzi, więc ponad tą wodą szedł, i drapał się czepiał, aż wydostał się na dolinkę małą wokoło skałami otoczoną, a środkiem strumień ciekł, z głazami wojując i swarząc, co mu na drodze stały.
A na jednym z tych głazów wyciągnięty Marcin leżał i grał na fujarce, zapatrzony w niebo.