Strona:Maria Rodziewiczówna - Światła.djvu/217

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

Tabory obywatelskie u mnie spoczywające, zaczęły zabierać się w dalszą drogę. Przez dni parę długie szeregi wozów ładownych — ekwipaży — stada bydła, koni ciągnęły z majątku, dalej, w głąb — bocznemi drogami przez lasy, w stronę Pińska, i dalej ku Orszy, Smoleńsku — Bóg wie w jaką dal cudzą, wrażą — straszną. Odchodzili z ciężkiem sercem, jak skazańcy. Przeprowadzałam ich do przydrożnej kaplicy z bezmiernym żalem i współczuciem...
Byli tacy z Radomskiego, co jeszcze od zeszłego roku znajdowali się w tułaczce — po drodze tracąc dobytek, siły, zdrowie, walcząc ze zdemoralizowaną służbą, bez żadnej otuchy i nadziei.
Wracałam do domu powtarzając, zaprzysięgając sobie: śmierć — a nie taka wędrówka, i aby nie myśleć — zabierałam się do roboty. Nie była to właściwie robota — była to już wojna — jak ją cierpi i znosi jednostka poza prawem wojennem stojąca: cywilny obywatel z terenu walk.
Pierwsza wojenna fala, co nas ogarnęła, były to tabuny wojskowego bydła. Wypasano niemi wszystkie pola i łąki, mnogość i sposób żywienia przypominały czasy biblijnych obyczajów. Zie-