Strona:Maria Rodziewiczówna - Światła.djvu/191

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została przepisana.

    I zawołała swego Kazika, który właśnie wrócił z roboty z woreczkiem kartofli zarobionych i spożywał wieczerzę.
    — Synku, pobiegnij do Osuchowskich i zanieś dzieciom garnczek krupniku, co jest na kuchni.
    — Matusia nie będzie jadła? — zdziwił się.
    — Zjadłam u pani Jankowskiej, gdym odnosiła robotę. Poczęstowała herbatą.
    — Ja zaniosę! — ofiarowała się dziewczynka lokatorów. — Kazik zmarzł i zmęczył się.
    — Dobrze, dziecko, a spytaj jak matce ich w szpitalu?
    I pochyliła się nad maszyną, spiesząc, spiesząc — i myśląc o cudzej niedoli.
    — Bron Boże co na matkę, co będzie z drobnemi sierotami! — westchnęła.
    A jej najstarsza, Maniusia, fastrygując pilnie, rzekła:
    — Mówią, że sieroty zabierają daleko, daleko — do jakichś ochron. Gorzko tam, choć syto! — I przytuliła się do matczynego ramienia.
    Po godzinie wróciła zdyszana dziewczynka.
    — Proszę pani, proszę pani! Pan Osuchowski pięknie dziękuje i odsyła pieniądze. A była tam jakaś pani i kazała pani wręczyć tę kopertę.