Strona:Maria Rodziewiczówna-Dewajtis (1911).djvu/79

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


i wszyscy odstąpili go i skrzywdzili. Takiego Bóg miłuje i opatrzy.
Marta spuściła oczy. Oddawna już było dla niej jasnem, że słabością charakteru popsuła sobie dolę. Poczucie to zaostrzyło jeszcze gorzej stosunek z dziadem. Może i sam Wojnat żałował teraz swego uporu i zaciętości.
W tej chwili turkot się rozległ na drodze. Wyjrzały obie.
— Ot, i jegomość wraca! — zawołała panna Aneta na widok białej klaczy ze źrebakiem. — Słowo stało się ciałem! Toż nasz Marek z nim!
Ruszyła żywo otwierać wrota, ale młody już wyskoczył.
— Widzisz bociana? — krzyknął Ragis z wózka.
Podniósł oczy i cofnął się mimowoli. Nie spodziewał się zobaczyć w swej zagrodzie dawnej narzeczonej. Krew mu uderzyła do twarzy, spuścił wzrok.
— A skądże to Bóg prowadzi? — wołała ciotka radośnie. — Chodź, chodź, wyglądamy ciebie!...
Podszedł. Rumieniec ustąpił powoli. Bez odrobiny zmieszania uchylił przed Martą czapki i pozdrowił krótko:
— Dobry wieczór
— Mnie niech się pyta panna Aneta, gdziem go złapał! — krzyczał Ragis z podwórza od stajni. — Ho! ma się rozumieć! Stary dąb już szumi, to i wiadomo, gdzie ten poganin siedzi. Pacierze gada do drzewa, Przydybalem na gorącym uczynku. Dobry wieczór, pani Łukaszowo! Czy aby nie po lubczyk pod sekretem?...
Marta zaśmiała się pusto, po dawnemu.
— Kiedy pan czarodziej, to wie bez mojej odpowiedzi. Do widzenia państwu. Deseniki zabiorę jutro.
Umknęła śpiesznie, a Ragis popatrzał za nią i dodał dyskretnie:
— Wiem, wiem, że wy tam którego pięknego dnia pozagryzacie się na śmierć. At, licho!
Rękoma trzepnął i do staruszki się zwrócił.
— A wie panna Aneta, co on nam przywiózł z Kowna? Ho, ho! Powiedziałbym, ale panna Aneta, jak to wiadomo, niewiasta, gotowa zemdleć.
— Uchowaj Boże, co złego? — zawołała przerażona.
— Ot, i jest strach! Ho, ho! A mnie, jakem posłyszał, to aż coś rwało do tańca. Drewienko skakać chciało. Będzie wesele, panno Aneto, ma się rozumieć. Ho, ho!
— Markowe? — spytała promieniejąc.
— A czemuż nie moje? — obraził się stary, wąsy kręcąc.
— Jegomościne nic pilnego. Toś ty z Kowna, Marku?
— Z Kowna i z Wilna. Przywiozłem ciotce nasion ogrodowych, a Jazwigło z rodziną wasze ręce całują.