Strona:Maria Rodziewiczówna-Dewajtis (1911).djvu/53

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— O pomoc? — powtórzył z naciskiem.
— Tak, kochany synu! Jest to twój święty obowiązek.
Ruszył brwiami.
— A jakież warunki pożyczki? — zagadnął.
— Jak ci się zdaje? A żeby sprzedać ten kawał ziemi osobny w stronie Saudwilów?
— Żwirble? One nie warte dziesięć tysięcy, najwyżej dwa...
— Bój się Boga! Tak mało?
— Nikt więcej nie da. Czy matka ma płenipotencyę Witolda do sprzedaży?...
— Mam, kochane dziecko, on wierzy, że dla jego dobra życiebym dała!
— Na kiedyż potrzebne pieniądze?
— Choćby zaraz!
Pomyślał chwilę.
— Mogą być jutro, jeżeli matka zgodzi się na moje warunki. Żądam przekazu tej ziemi na moje imię, kwitu z uiszczonej zapłaty — i...
— Naturalnie, naturalnie! — potakiwała.
— I z polecenia Hanki wymagam zwrotu jej kapitału i pozwolenia na wyjazd za granicę. Była to wola ojca!
Pani Czertwan podskoczyła na krześle. Z różowej i uśmiechniętej stała się ponsowa i skrzywiona. Oczy jej zaczęły biegać wkoło.
— A cóż to ma jedno do drugiego? Hanka jest moją córką i losem jej ja tylko rozporządzam! — zawołała zmienionym tonem.
— Jak matka chce! Ja inaczej pieniędzy nie dam! — rzekł flegmatycznie[1].
— Za taką cenę Żwirble każdy kupi!
— Nigdy bez mojej zgody!
— Zmusimy cię do działu! — wolała coraz gwałtowniej.
— Na to trzeba czekać pełnoletności Hanki. I owszem. Mamy czas.
— Są sposoby na upór. Zobaczysz!
— Nie przeczę, ale pieniędzy to jutro nie da.
— Potrafię pożyczyć bez ciebie.
— Czemu nie. Lichwa jest wszędzie.
— Nie pozwolę, by z mojej córki wyrosła awanturnica! Przewrócono jej w głowie, ale ja to powstrzymam, bo mi się to nie podoba!
Zasapała się, gniew nią wstrząsnął, zapomniała panowania nad sobą.

— Jeżeli matce brakuje jej kapitału, ja założę swymi pieniędzmi. Budrajcie wezmę w swój zarząd i rocznie

  1. Flegmatycznie — spokojnie.