Strona:Maria Rodziewiczówna-Dewajtis (1911).djvu/35

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


bogactwa i rozmieszczał je po ścianach i stole. Zakrył posłanie. Zapomnieć chciał, że on tu gościem tylko do zmroku.
— Czego to ludzie nie zrobią? — mówił dalej stary. — Czertwan był sprawiedliwy i twardy, no, i jego osiodłali, wodzili na sznurku. Ot, chyba, że lepiej na świecie być złym, niż dobrym!
— Nie mówcie nic na ojca! — odparł Marek. — Zrobił, jak chcieli! Oni myśleli źle, a on zrobił dobrze!
— Bo co? — zagadnął Rymko ciekawie.
Miody się wyprostował; jak zwykle, namyślał chwilę nad odpowiedzią.
Był to nałóg charakteru.
Przez tę chwilę oczyma spoczął na ścianie, nad swym tapczanem.
Tam, pod świętym obrazkiem, wisiał, z blachy czarnej wycięty, rycerz konny, z podwójnym krzyżem na tarczy, z mieczem wzniesionym w prawicy. Na niego patrzał Marek i wyrzekł powoli:
— Nie dla siebie ja pracowałem, i znosiłem, i milczałem.
— To dla kogoż? Dla Wojnatów, czy Witolda?
— Dla tego! — zamruczał, głową ścianę wskazując.
Ragisowi zaświeciły siwe oczki, i wąsiki pokręcił, ale jakby nie zrozumiał, mówił dalej:
— Skomonty za rok przejdą w cudze ręce. Witold zje ojcowiznę, jak bekasa! Młode zęby i łakome. Kazio nie wróci, a jeśli i wróci, to sprzeda Ejniki. Hanka zmarnieje z nauki i straci Budrajcie. Zginie wszystko!
Marek podniósł głowę, odrzucił włosy z czoła i dłonią za pierś się chwycił, jakby go tam w głębi zabolało coś okropnie, i znowu po namyśle mówił już nie cicho, ale pełnym głosem i z dziką energią:
— Zginie, zginie! — powiadacie. — Ej, ojcze, w ten dzień zguby nie stanie chyba na ziemi mnie i Dewajtisa mojego!
Kaleka patrzał i słuchał. Od dziecka znał tego człowieka, żyli razem, a nigdy go takim nie widział. Jak surma[1], bojowa zabrzmiał jego głos posępny, pioruny strzeliły z zimnych oczu.
Słońce zajrzało w cienie izdebki, i jeden promyk ozłocił czarnego rycerza na ścianie i jasnowłosego Żmujdzina. I raz pierwszy zauważył Ragis, że chrześniak jego miał takie same surowe i zacięte rysy, jakby jeździec żelazny bratem mu był, czy ojcem, i na boje iść mieli razem.

Zdjęła go cześć jakaś niebywała, i długo milczał, wpa-

  1. Surma — rodzaj trąby.