Strona:Maria Rodziewiczówna-Dewajtis (1911).djvu/28

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


krytą skrzynkę. Witold wstał z fotela i na palcach podszedł bliżej, za opiekuńcze plecy matki i siostry. Chory z pod poduszki wyjął klucz od skarbca i mówił do księdza coraz wolniej:
— Siedm części tam jest, ojcze, po pięć tysięcy rubli w każdej. Dla dzieci czworga i dla żony, a szósty rozdzielicie między sługi nasze. A siódmy oddajcie do Ugian, cudownej Pani, pod której opiekę oddałem siebie za młodu. Niech z pracy mojej przyjmie ofiarę, jako mnie nigdy nie opuściła.
Pleban liczył i po kolei wręczał im spuściznę. Część Kazimierza wzięła matka, ostatni wziął Marek i pustą skrzynkę na bok usunął. Nie on ją już będzie napełniał, jak dotąd!
Wzrok chorego szedł po nich coraz bledszy.
— To i wszystko! — powtarzał — skończyłem, skończyłem!...
Rękę do błogosławieństwa podniósł.
— Daj wam, Boże, dolę, i spokój, i swobodę, bo to i całe szczęście na ziemi! Żyjcie w zgodzie i razem — będziecie silni!
Poklękli wszyscy, a on nad pochylonemi głowami krzyż naznaczył i opadł ciężko na posłanie.
Chwilę odpoczywał nieruchomy, strasznie blady, a potem, tknięty swą największą troską, oczy wlepił w stojącego naprzeciw Marka.
— Pamiętaj, żeś ty Orwidów sługa, pamiętaj! — wyszeptał.
— Kazaliście, będę! — powtórzył swoje olbrzym.
Wtem z mroku wysunął się Rymko Ragis i, na kiju wsparty, stanął obok Marka.
— A mnie kto w dziale weźmie, Czertwanie? — rzekł na pół szyderczo — zapiszcie komu w inwentarzu, by się nie pobili o mnie!
Na to raz pierwszy ożywiła się ponura twarz Marka, i prędko, jakby się lękał, że go wyprzedzą, rzekł:
— Wy ze mną pójdziecie, Rymko Ragis!
— Słusznie — rzekł chory — idźcie z nim, kolego, do jego zagrody, by się nie troskał o swoje! A ty, Witoldzie, ciotkę Annę do śmierci utrzymuj i sług starych nie wypędzaj! Stary sługa — przyjaciel!
Chciał coś jeszcze mówić, ale już nie zdołał, położył się na wznak, oczy zamknął, rękami przyciskał bolejące piersi.
Chwilami jak martwy był, bez głosu i tchu, i ruchu, aż go cierpienie nie chwyciło: wówczas stękał, jęczał, chrapał, to znowu, jakby modlitwą chciał zagłuszyć ból, szeptał niewyraźnie wciąż jeden psalm, urywając ciągle: