Strona:Maria Rodziewiczówna-Dewajtis (1911).djvu/227

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ce. Zupełnie zadowolony z swego przedsięwzięcia i zamiarów. Marwitz, mam tu dla ciebie list i depeszę — dodał, zwracając się do Amerykanina.
— Żorż czeka! — zaśmiała się Irenka.
— Niech czeka! — zadecydował spokojnie Marwitz, chowając obie koperty do kieszeni.
Panna Aneta ukazała się w progu, za nią wniesiono maliny.
Marek usiadł obok żony. Obecność macochy i Witolda zasępiła mu czoło. Zamilkł, kręcąc wąsy. Czuł w powietrzu nowy napad na jego spokój.. Julka, jak zwykle, pierwsza zrozumiała, że się zanosi na scenę familijną, w której one dwie i Marwitz byli zbyteczni. Skinęła na Hankę i wyszły do parku. Amerykanina nie trzeba było wołać. Zaledwie drzwi się za niemi zamknęły, wstał, wziął czapkę i westchnąwszy, ruszył w tymże kierunku. Panna Aneta, nakarmiwszy Marka malinami, ucałowawszy go serdecznie, wyniosła się także cichutko. Miała sobie za grzech próżnować w dzień roboczy.
Pozostali, milcząc, obserwowali[1] się przez chwilę. Witold wstał i przeszedł się po salonie, niby oglądając malowidła, Irenka podała mężowi papierosy, pani Czertwan kręciła się niespokojnie, nie wiedząc, jak zacząć swą sprawę. Marek wywierał na nią wpływ przygnębiający.
Młoda kobieta zrozumiała ten wzrok i pierwsza przerwała milczenie.
— Pani Czertwan przybyła tu w interesie do ciebie, Marku. Niespokojna jest, co z nią będzie teraz, gdy Skomonty przechodzą na twoją własność.
— Co? Matka dziesięć lat mieszkała tam przecież przy moim zarządzie. Zdaje mi się, że jej nic nie brakło. Nie zajmuję wiele miejsca, jak to sobie przypomina.
— Więc mnie zatrzymasz? Nie wypędzisz? — zawołała, składajac ręce.
— Za kogo mnie matka ma? Skąd takie wyobrażenie? Nie trzeba ludzi sądzić wedle siebie, ale wedle faktów!...
— I Wicio może przy mnie pozostać? — przerwała, ponsowiejąc.
— Witold nie! Matka ma prawo i wiek za sobą, by w spokoju i wygodzie żyć bez trudu. On niech idzie i uczy się z musu pracować. Ja go na pieczeniarza i próżniaka nie myślę kierować. Dla niego w Skomontach niema miejsca...

Pani Czertwan zalała się łzami, Chłopak mienił się na twarzy; znać było, że wstyd go ogarniał, żal, złość nawet.

  1. Obserwować — przypatrywać się czemuś.