Strona:Maria Rodziewiczówna-Dewajtis (1911).djvu/183

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została przepisana.

    — Nic, synku, nic! Gniazd nie wybieram! Co tu schowałem w dziurę, to chcę dostać!
    To mówiąc, postukał kijem o pień, oddarł kawał kory, wsunął rękę w szczelinę pełną próchna i wydobył niewielką blaszaną puszkę od tytuniu, okręconą w gałganek.
    — Ot i jest! — odsapnął, schodząc mozolnie.
    Marek poskoczył, wziął go na ramiona i postawił na ziemi.
    — Czy wam się chce drugą nogę skręcić? — upominał.
    Stary zsunął czapkę na ucho, wąsa pokręcił i, mrugając oczkami, rzekł:
    — Darzyli cię szlachta i pany, i chłopi przyszli z pomocą. Ho, ho! ma się rozumieć! A stary kuternoga co gorszego? Hę? Albo to Rymko dla chrzestniaka i dobrodzieja daru nie ma? pomódz nie potrafi? Ot, masz!
    Podał mu wydobytą z dziupli blaszankę, a sam za boki się wziął i patrzył rozpromieniony.
    Marek otworzył i krzyknął; pudełko wypadło mu z rąk i po ziemi, jak deszcz tęczowy, rozsypały się stórublówki.
    — Chryste! A to co takiego? — zawołał młody człowiek, oczom nie wierząc.
    Ragis nastroszył wąsy i śmiał się, aż mu drgała twarz.
    — A to, synku, nie czary! Nie lękaj się! To te pieniądze, coś mi dał na gospodarkę, pamiętasz, odchodząc do Poświcia? Chciałem nie ruszyć i grosza, ale nie zmogłem. Sto rubli poszło, a dwa tysiące i czterysta ci oddaję. Pozbieraj, taj idź za drzewem! Będzie do zimy chata i stodoła! Co ty robisz? Daj pokój!
    Marek, jak długi, padł mu do nóg i, obejmując kolana, coś mówił zdławionym głosem, czego niktby nie zrozumiał. Rymko objął go za szyję i ściskał.
    — Daj pokój, synka, daj pokój! — powtarzał ciągle. — Toż wiesz, że ja czarownik, to mi pieniądze zbytek! A dobrze, żem w chacie nie chował! Ho, ho! ma się rozumieć! To się wie! W starej wierzbie bezpieczne były! Daj pokój, pozbieraj lepiej i czasu nie trać! Taki bo i stary gnat na coś się przyda! A gdzie kupisz drzewo?
    Marek wstał, ręce jego ucałował, z oczu mu patrzała wdzięczność bezbrzeżna i spokój. Ani śladu przygnębienia i troski...
    Zebrał pieniądze, schował je na piersi i rzekł głucho:
    — W Poświciu kupię!
    — Czy ci tam gospodarze radzili? — zagadnął stary filuternie, zawracając napowrót do zaścianka.
    Marek milczał, nie umiał kłamliwie potakiwać.
    — Coś się zaciąłeś! Szydło schowałeś do worka? Ho,