Strona:Maria Rodziewiczówna-Dewajtis (1911).djvu/169

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


niesz i ty w trudzie, jak i on, i nad wszystko wyrośniesz! Oj, znam ja cię, znam, mój ty chłopaku kochany! — szepnęła łagodnie panna Aneta, wstając.
Raz jeszcze objęła głowę Marka i przycisnęła do piersi swej poczciwej, potem otarła oczy i rzekła:
— O biedzie swej zamilczmy, bo mniejsza, niż ta, w tej chacie. Idźcie, dobrodzieju, z Markiem, ubierzcie tego biedaka w świąteczne szatki, a ja mu w sieni uścielę posłanie; chłopaki mi pomogą.
Skinieniem wywołała młodzież z izby. Wysunięto tapczan, nakryto go kilimkiem[1], jeden ruszył po światło, drugi po deski na trumnę.
Marta leżała osłabła, jęcząc głucho, na ziemi. Tak im ta noc zeszła.
Pierwsze promienie słońca weszły do sieni Grala i cicho objęły jasnością katafalk. Ubrany odświętnie, prosty, wyciągnięty, młody, leżał i uśmiechał się wciąż. Popalona jego twarz wypiękniała tym wyrazem, w złożonych rękach trzymał drewniany krzyżyk, a zdala, po rosie, wolały go dzwony kościółka, te same, co mu biły na chrzest i wesele, stare znajome, i na cmentarzysku czekał nań grób w żółtym piasku i krzyżyk sosnowy! A on się uśmiechał...
Przed progiem Marek z Downarem heblowali białe deski na domowinę ostatnią. Ragis na wieku już gotowem wyrzynał niekształtne litery, panna Aneta szyła mu poduszkę do tej pościeli z wiórów. Marta płakała bezustannie.
Na głos dzwonów schodzili się sąsiedzi. Z uszanowaniem, z głową odkrytą, odwiedzali go. Był dnia tego najstarszym w zaścianku. Doczekał chwili, że po nim płakała żona, żałowali znajomi, chwalili najobojętniejsi, a Czertwan sam na niego pracował, jak wyrobnik. Nie dziw, że się tak błogo uśmiechał!
Ludzie, wychodząc, otaczali Marka, ciekawi, czy też się zmienił choć trochę, ale on od smutnej swej roboty oczu nie podnosił i ledwie odpowiadał na przyjazne słowa. Może, wedle swego zwyczaju, nie słuchał, zajęty czemś innem? Pochylony, z włosami, zakrywającymi pół twarzy, heblował deski.
— Pan już wrócił? — zabrzmiał mu nagle znajomy głos.
Zatrzymał się. Do Julki Nerpalis wyciągnął spracowaną dłoń.
— Dziękuję pani za ratunek! — rzekł.

— Nie na wiele się przydał! Szkoda mi pana serdecznie! Hanka aż zapuchla od płaczu. Pani Czertwan zamknęła ją w domu za karę, że biega, jak ulicznik, na wido-

  1. Kilim — prosty dywan wiejskiej roboty.