Strona:Maria Rodziewiczówna-Dewajtis (1911).djvu/125

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Z raportem od młyna przychodzę. Dziś w nocy woda porwała koło
— A gdzież ty byłeś, żeś nie dopilnował? Spałeś?
— A spałem. Panicz mi wyznaczył trzy godziny wypoczynku od północy. Jak się obudziłem, nie było koła. Poszedłem go szukać i znalazłem pod Gryniszkami. Chłopi złowili. Chcą wykupu!
— To dopiero facecya![1]. Takie koło! Paręset rubli warte! A mówiłem ci, Juchno: w młynie, jak na forpoczcie, Dubissa zawsze nad złem przemyśliwa. Zdradny to nieprzyjaciel! No, i zrobiła psotę!
— Aha! To klekotanie i hałas tak odurzy, że śpisz, jak zabity. Chłopi chcą teraz trzydzieści rubli! Już jabym swymi zapłacił, ale odesłałem wnukowi do szkół, więc przyszedłem do panicza po ratunek...
— Ma się rozumieć! Do panicza po ratunek! Już on do tego tylko na świat się urodził. Ho, ho! to się wie! Każdy rad puchliznę z głowy jemu oddać. Jeszcze łają potem na podziękę. Wracajże, stary, bo ci Dubissa i resztę zabierze. Panicza przyślę jutro rano.
Tu Ragis, jak arcykapłan wielce możnego boga, skinął łaskawie, dumny ze swego stanowiska, i rozsiadł się wygodniej.
— Cudowna panienko — rzekł z westchnieniem, gdy się furtka za Juchną zamknęła — dzięki ci raz jeszcze, że tylko to drewienko mam swoje na świecie! — Pokiwał głową i przerwał monolog nuceniem:

Kto pieniędzy nie ma, ten żyje szczęśliwy,
I noc ma spokojną i dzień nietroskliwy!


— Marczysko moje niby coś ma i cóż mu z tego? Śpieszy, śpieszy od tego jeziora, jak na gody do chaty! Aha, ma się rozumieć, będą mu gody! Witold, Wojnat, Juchno z kołem! Antyfona![2]. Jeszcze nim przyjdzie, kilkoro tego przybędzie! Ot, tobie pociecha obywatelska! Oh, moje ty drewnuszko poczciwe, z tobą niema kłopotu!...
Uśmiechnięty starzec poklepał pieszczotliwie swą drewnianą nogę i wnet ucha nadstawił.
— Oho, wraca panna Aneta z muchami swoimi! Moje uszanowanie! Dostanę buziaka, nie prosząc! To ci dopiero amatorstwo!

Turkot zbliżał się, Ragis wstał żywo i umknął do chaty. Przez okienko wytknął głowę i parlamentował[3]:

  1. Facecya — żart.
  2. Antyfona — śpiew chóralny, kończący litanię.
  3. Parlamentować — wchodzić w układy.