Strona:Maria Pawlikowska-Jasnorzewska - Cisza leśna.djvu/36

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Wiec odpływam coraz dalej i dalej,
bryły wiatru roztrącam jak fale,
zaśmiewając się z głupiej parafji —

z sercem twardem, unurzanem w dumie,
że tej sztuki nikt prócz mnie nie umie —
każdy patrzy a nikt nie potrafi.

Odpoczywam na drzewnych wierzchołkach,
i w obłokach udaję aniołka,
choć policjant z dołu na mnie woła.