Strona:Maria Pawlikowska-Jasnorzewska - Cisza leśna.djvu/28

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Szklące się skiby
unoszą lekko w górę meduz blade grzyby —
wicher gorzki i świeży
pędzi wodę na piasków kobierce,
uderza nią o brzeg
i mówi, że tak szczęście niedługo uderzy
o czekające, nieruchome serce.
Grają świateł milczące kuranty:
— czemuż dnie być nie mają, jak świecące brylanty?
Śmieją się wszystkie fale białemi zębami:
— czemuż nie być szczęśliwym dniami i nocami?
Wicher przeszył tęsknotą
ukrytą szczeżuję
stado rybek i muszlę o ustach otwartych,