Strona:Maria Konopnicka - Szczęśliwy światek.djvu/31

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


ręce! — A cóż z ciebie za łachmaniarz, co tak drzesz ten przyodziewek? Czy ty myślisz, że ojcu, matce, z nieba kapie? To ty nie wiesz, że ciężko, że każdy grosz trudny, że dobrze się trza napracować, nim się co kupi? Gdzieżeś to tak rozdarł ten rękaw?
— Mamuniu złocista, ja sam nie wiem! Tak się oto rozdarło...
— Nie wiesz? Ty nie wiesz?... A kto po drzewach łazi, jak nie ty? — Patrzcież, ludzie! Koszula taka jeszcze dobra, co z rękawami porobił! Aj, chłopaku, chłopaku! Gdzie ty sumienie masz?... A toć ty nas ze wszystkiem zmarnujesz!
— Mamuchno złota, ja się już poprawię!
— Poprawisz ty się, wisusie, poprawisz! Z pieca na łeb! już ja znam twoją poprawę! Co dzień obiecujesz, a zawsze to samo!
I prawda! Co się ten chłopak nie nacałował matki, co się nie naobiecywał, że już będzie lepszy — wszystko na nic! Ledwo przez próg przejdzie, już mu w głowie nowa psota, nowa awantura. Ojciec możeby temu i dał rady, bo miał porządny pasek rzemienny, co nim opasywał kożuch. Ale matczysko nie skarżyło się nigdy. Jeden tylko był, więc jak mogła, tak zabiegała. Połata, wypierze, wyburczy, no i tak szło, a poprawy żadnej nie było.
Ale i jej było coraz trudniej, i tylko ręce załamywała, myśląc, co z tego chłopaka będzie? Kuma i sąsiadka Pawłowa, nieraz z nią o tem radziła.
— Moja kumo złota! mawiała — co z mego urwisa wyrośnie, to ja nie wiem!
A kuma na pociechę:
— Co ma być, szubienicznik i tyle!
Aż raz umarła w tej kamienicy uboga wyrobnica, wdowa, i zostawiła sierotkę, małego Karolka, co jeszcze roku nie miał. Złożyli się ludzie na trumnę, na pogrzeb, bo tam grosza u tej wdowy ze świecąby nie znalazł, pochowali, ale kiedy przyszło o sierocie radzić, co z nim począć, każdy westchnął tylko.
— Ja sama czworo mam! — mówiła jedna z kobiet.
— U nas też bieda aż piszczy! — mówiła druga.
— Żeby tak większy, tobym wzięła — mówiła trzecia — posłużyłby, zakołysałby mego Jaśka. Ale cóż! toż to i piastowaćby jeszcze trzeba!
Więc kiedy tak stoją i radzą, Franek matkę w rękę całuje i prosi:
— Mamuchnu złota! Weźmy tego Karolka!
— Co ci w głowie?... Ja na ciebie, ty urwisie, nastarczyć nie mogę, a będę jeszcze obce brała?...
Ale Franek nie ustawał molestować matkę...